Nowy numer 46/2018 Archiwum

Bohater niespełniony

25 lat temu prof. Witold Kieżun odebrał telefon, który mógł zmienić zarówno jego życie, jak i losy Polski.

To jemu 10 maja br. Uniwersytet Jagielloński przyznał doktorat honoris causa na 650-lecie najstarszej polskiej uczelni. To on trzy dni wcześniej na scenie Teatru Wielkiego podczas uroczystej premiery filmu „Powstanie Warszawskie” zabrał głos w imieniu żyjących bohaterów wydarzeń sprzed 70 lat. Witold Kieżun ma dziś 92 lata, krzyż Virtuti Militari, międzynarodową pozycję naukową w dziedzinie zarządzania, niezwykłą biografię i poczucie wielkiego niespełnienia. Kraj, za który walczył i cierpiał w sowieckich łagrach, nie chciał korzystać z jego rad, choć robiło to wiele państw na świecie. „Smutno mi, że umieram nie w tej Polsce, o którą walczyłem. To jest bardzo bolesne, jak patrzę na to, kogo wybieramy, jak stajemy się krajem całkowicie uzależnionym od innych” – mówił przed rokiem w dramatycznym wywiadzie telewizyjnym udzielonym Janowi Pospieszalskiemu.

Przeżyć egzekucję

W powstaniu Witold Kieżun nosił nietypowy pseudonim „Wypad”. 2 sierpnia 1944 roku 22-letni podchorąży wsławił się niebywałym wyczynem. Podczas ataku na Pocztę Główną sam wziął do niewoli 14 niemieckich żołnierzy i zdobył spory arsenał broni. Dziś żartuje, że po prostu zrobił na nich tak mocne wrażenie swoim wejściem do wartowni, że nawet nie zauważyli, iż zaciął mu się gotowy do strzału pistolet maszynowy. Za ten wypad dostał pseudonim i Krzyż Walecznych. Potem były jeszcze dwie inne brawurowe akcje, za które pod koniec powstania otrzymał Virtuti Militari od samego gen. Bora Komorowskiego. Kieżun walczył w elitarnym, 17-osobowym oddziale specjalnym „Gustaw”, wyjątkowo dobrze jak na powstańców uzbrojonym. Po kapitulacji od razu udało mu się uciec z niemieckiego transportu. Gdyby trafił do niewoli, znalazłby się zapewne na Zachodzie. A tak trafił do Krakowa, gdzie na skutek donosu już w marcu 1945 roku został aresztowany przez NKWD. W więzieniu przy ul. Montelupich przeżył… własną śmierć. Sowieci wykonali na nim pozorowaną egzekucję, zatrzymaną w ostatniej chwili. Doświadczył wtedy całego arsenału metod NKWD. Śledczy na zmianę straszyli Kieżuna śmiercią lub kusili wyjazdem na Zachód. A on szedł w zaparte, twierdząc, iż nie jest tym, za kogo go biorą. I tej wersji trzymał się aż do powrotu z zesłania latem 1946 roku. – Mam taką naturę, że w sytuacjach zagrożenia rodzi się we mnie chęć walki, a nie biernego podporządkowania się. Ta cecha leżała u źródła moich trzech ucieczek: w czasie kampanii wrześniowej, podczas jednej z łapanek i z niemieckiego transportu – wspomina „Wypad”.

Uratowała mnie pamięć o powstaniu

Trudno dziś sobie wyobrazić, czym dla młodego człowieka, który przeżył piekło powstania, była podróż na zsyłkę przez nieomal całą Rosję w jednym wagonie z gestapowcami. On, żołnierz AK, musiał dzielić z nimi ten sam los w krasnowodzkim łagrze, który od Auschwitz różnił się tym, że strażnicy z NKWD ubrani byli w amerykańskie ciepłe kurtki, jeździli ciężarówkami made in USA i mieszkali w namiotach pochodzących z alianckich transportów. Trwała wciąż wojna, Sowieci byli „sojusznikami”, a o losie akowców nie wiedział nikt. Pierwszy sygnał, jaki dotarł do matki, dotyczył… śmierci Witolda Kieżuna. Gdy chory i wycieńczony miał zapaść w obozowym szpitalu, niewykwalifikowani pielęgniarze uznali, że już nie żyje. I taką wiadomość przywiózł do Krakowa współwięzień, który właśnie opuszczał gułag. Kieżun, dręczony przez kolejne choroby, obserwował ludzi umierających w strasznych mękach. Nie mogąc tego znieść, pewnej nocy – jak wielu współwięźniów – chciał odebrać sobie życie. „Uratowała mnie pamięć o powstaniu warszawskim, bo to była noc w pierwszą rocznicę jego wybuchu. Pomyślałem sobie: jak to? Mam dać się zniszczyć tym komunistycznym bandytom i sprawić im satysfakcję? To był swoisty przełom” – wspomina profesor. Pytany, co sprawiło, że praktycznie nikt z zesłanych z nim gestapowców nie przeżył, a wielu Polaków mimo ekstremalnych warunków wróciło jednak do kraju, odpowiada: solidarność. Rodacy wspierali się wzajemnie i podtrzymywali na duchu.

Co ty tu robisz?

Na swojej drodze spotykał ludzi równie niezwykłych jak on. W ławce szkolnej siedział z Jankiem Bytnarem „Rudym”. W Krakowie, po powrocie z zesłania, na uczelni, która obdarzyła go teraz honorowym doktoratem, studiował prawo ze Zbigniewem Herbertem i przyjaźnił się z nim. W 1949 r. w Zakopanem wędrował po górskich szlakach z ks. Karolem Wojtyłą. 51 lat później witał go już jako Jana Pawła II w Burundi, gdzie prof. Kieżun pracował jako ekspert ONZ. Papież podobno przywitał go wtedy słowami: „A co ty tu robisz?”. Przed wojną chciał zostać pianistą. Marzył o starcie w Konkursie Chopinowskim. Grał świetnie. Podobno muzyką ostatecznie podbił też serce swojej żony Danuty, dla której skomponował specjalny koncert. Pobrali się w 1950 r., ale poznali jeszcze podczas powstania, gdy ktoś z batalionu „Gustaw” przedstawił „Wypadowi” piękną sanitariuszkę „Jolę”. Ponownie los zetknął ich dopiero po 5 latach. Pracował już wówczas w NBP. Z tą instytucją związany był nieomal przez cały PRL. Tu objawił się jego niezwykły talent do zarządzania i organizacji pracy. Miał to szczęście, że trafił na najwybitniejszych ludzi pracujących wówczas w PAN. Doktorat robił pod kierunkiem prof. Tadeusza Kotarbińskiego, potem kierował słynnym Zakładem Prakseologii, gdzie pracowali m.in. prof. Klemens Szaniawski i prof. Jadwiga Staniszkis. Na Zachód wyjechał w 1980 roku. Przez całą dekadę na zmianę wykładał teorię zarządzania na amerykańskich i kanadyjskich uczelniach lub na zlecenie ONZ pomagał budować administrację w krajach Trzeciego Świata. Do Polski na stałe wrócił dopiero w 1999 roku.

Tajemniczy telefon

Latem 1989 r., pracując w Burundi, Witold Kieżun odebrał telefon, który mógł zmienić zarówno jego życie, jak i losy Polski. Dzwonił ktoś z ambasady polskiej w Nairobi z pytaniem, czy profesor mógłby natychmiast wrócić do kraju, bo jest dla niego pewna propozycja. Odmówił, ponieważ nie podano konkretów, a on pracował wówczas dla ONZ. – Dopiero niedawno dowiedziałem się, że ów tajemniczy telefon dotyczył objęcia teki ministra finansów i wicepremiera. Gdybym wiedział, że o to chodzi, zdecydowałbym się na zerwanie umowy i powrót do kraju – mówi profesor. Rok później ONZ zleciło Kieżunowi opracowanie projektu reformy administracji dla krajów postkomunistycznych. Niestety, Polska z nich nie zechciała skorzystać, a profesorowi, będącemu dla wielu państw autorytetem, w kraju pozostała jedynie rola publicystycznego recenzenta kolejnych reform administracyjnych. Był ich bardzo ostrym krytykiem, sprzeciwiał się zwłaszcza wprowadzeniu powiatów i dublowaniu władz na poziomie województw. Dopiero w 2005 r. rząd RP zechciał skorzystać z wiedzy i doświadczenia eksperta ONZ. – To była komisja, którą prowadziłem na zlecenie wicepremiera Ludwika Dorna. Według naukowego klucza opracowałem wówczas procedurę wyłaniania wojewodów – przypomina prof. Kieżun. Ci, których wskazała komisja, sprawdzili się, powołani z partyjnego klucza szybko zostali odwołani. Potem na prośbę PO profesor przygotował projekt nowej ordynacji wyborczej. – Okręgi jednomandatowe to był fundament programu PO, pod którym zebrano 700 tys. podpisów – przypomina W. Kieżun. Projekt trafił do szuflady.

« 1 2 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji