Nowy numer 25/2022 Archiwum

Jak pani widzi, żyję

Walce Straussa zawsze wyłączam – mówi Zofia Posmysz, która przeżyła 3 lata w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. – Coś robię, a tu z radia wyskakuje Strauss i natychmiast jestem tam. Już nie cierpię, ale widzę tamtą scenę, orkiestrę, słyszę krzyki na rampie.

Różaniec z błota

Kiedy w 1943 r. pracowałam w kuchni głównej, któregoś dnia w błocie na Lagerstrasse znalazłam różaniec, który ktoś wyrzucił ze strachu przed esesmanem. Podniosłam go i umyłam, a nocą, kiedy rozpaliłam pod załadowanym kotłem ogień, siadałam na zydelku i modliłam się na nim. Pewnej nocy sąsiedni kocioł zaczął syczeć, co oznaczało, że za mocno się pod nim pali. Pilnująca go więźniarka poszła do latryny. Rzuciłam różaniec i pobiegłam wygarnąć węgiel z paleniska. Gwiżdżący kocioł zwabił esesmana. Kiedy wróciłam, zobaczyłam go przy moim kotle z różańcem w ręku. „To twoje? – zapytał. Co miałam powiedzieć? Przytaknęłam. „Jesteś katoliczką?”. Potwierdziłam, pewna, że to mój koniec. Oddalił się, obszedł drugi rząd kotłów, wrócił i oddał mi różaniec. Ledwie żywa ze strachu, spytałam: „Dlaczego?”. „Moi rodzice są katolikami” – usłyszałam. I jakby dla wyjaśnienia dodał: „Jestem Węgrem”.

Medalik Tadeusza

W bucie, w ciasno upiętych włosach, a nawet podczas dokładnej rewizji – w ustach – przeniosła na wolność medalik z twarzą cierpiącego Chrystusa, ofiarowany przez Tadeusza Lisowskiego, który naprawdę nazywał się Paolone. Był kapitanem Wojska Polskiego, a w Auschwitz razem z kilkunastoma oficerami należał do podziemnej organizacji wojskowej. – Do obozu kobiecego został oficjalnie sprowadzony przez Aufseherin kuchni, aby mnie nauczyć prowadzenia księgowości, bo podobną funkcję pełnił w obozie męskim – opowiada. – Przychodził przez trzy dni i to były wszystkie nasze spotkania. A potem pisał grypsy, ja do niego też. W czerwcu 1943 r. żeśmy się poznali, a w październiku został rozstrzelany. Reszty dowiaduję się z jej opowiadania „Chrystus oświęcimski”, które mi ofiaruje, żebym się dowiedziała, jaki to był rodzaj uczucia. Ona miała „stary” numer, ale on miał jeszcze starszy – 329, co znaczyło, że był w obozie od czerwca 1940 r. Trzy razy siedzieli blisko siebie, rozmawiając, jakby przez chwilę znaleźli się w innym, wykrojonym z obozowego piekła świecie. Podczas trzeciego spotkania zapytał ją, czy wierzy w Boga, bo wielu uważa, że „jeżeli możliwe jest coś takiego jak Auschwitz…” – nie dokończył. A potem ofiarował jej medalik, mówiąc: „Niech cię chroni. Strzeż go i jeśli Bóg pozwoli, donieś do wolności”. Ich korespondencją były grypsy. Nie pisali o miłości, ale dla niej świat się zmienił: „Chodziłam po Lagerstrasse jak gdyby to była Floriańska, na wózek Leichenkomanda, wypełniony powyżej brzegów nagimi zwłokami, spoglądałam tak, jakby wiózł polana, z błogostanu nie wyrywały mnie krzyki dochodzące z rampy. To uczucie, całkowicie bezinteresowne, samo w sobie było dla mnie szczęściem”. Jego ostatni gryps brzmiał jak przesłanie na resztę życia: „Ten Jezus z medalika mówi jedno: Bądź wola Twoja. I ty to mów, ilekroć nań spojrzysz”. – Boi się Pani śmierci? – pytam. – Boję się tego, że nie zdążę napisać o moich oświęcimskich świętych, a śmierci się nie boję. Epikur powiedział, że dopóki się żyje, to śmierci nie ma, a jak się już umrze, to obojętne. Ale jak patrzę na te drzewa za oknem i myślę, że ich nie zobaczę, to mi żal.

Muzyka w obozie

– Czy w obozie były takie drzewa? Nie, ale kiedy była ładna pogoda, widać było szczyty Beskidów, o których pisał Tadeusz – zamyśla się. Patrząc na nie i słuchając utworów wykonywanych przez znakomitą kobiecą obozową orkiestrę, na moment wydostawała się z niewoli. – Kiedyś koleżanka Danka Kolak, która w niej też występowała, zaprosiła mnie na koncert dla załogi SS i więźniarek funkcyjnych – mówi. – Siedząc za drzwiami, po raz pierwszy usłyszałam kwartet z „Rigoletta”. Dopiero po wojnie odkryłam, że w operze śpiewają dwie kobiety i dwóch mężczyzn, ale ja do tej pory słyszę tam głosy czterech kobiet. Wtedy po raz pierwszy w Auschwitz się popłakałam, czując kontrast między pięknem tamtej muzyki a rzeczywistością. Uważam, że człowieka nie wolno stawiać w sytuacji ostatecznej, bo nikt się nie rodzi bohaterem ani męczennikiem. Rodzimy się do życia, myślimy o szczęściu i człowiek postawiony w nieludzkiej sytuacji może nie wytrzymać, nawet jeżeli byłby bardzo szlachetny. Może zostać funkcyjnym, dostanie władzę i będzie musiał wydać kogoś na śmierć, obciążyć swoje sumienie. Nie wiem, jakich wyborów dokonywała Stenia Starostka, blokowa bloku VIII. Wtedy jeszcze Polki nie były funkcyjnymi, a ona szybko awansowała na Lagerheiste. Była straszna, nadgorliwa. Kiedy sytuacja wymagała, żebyśmy jak najszybciej stanęły na apelu, biła kobiety pejczem. Czy musiała to robić?

Złe od szatana

Czy esesmani mieli ludzkie twarze? W każdym trwa walka dobra ze złem. Moja mama była niewykształcona. Kiedy na początku wojny rozstrzelano w Krzesławicach kilkadziesiąt osób, wstrząśnięta zapytałam: „Gdzie jest Pan Bóg?”. Odpowiedziała: „Zapamiętaj – wszystko, co dobre, pochodzi od Pana Boga, wszystko, co złe, od szatana”. Zawsze we wszystkich, nawet w oprawcach, chciałam zobaczyć coś ludzkiego. Człowiek czepiał się najdrobniejszych szczegółów, by uwierzyć, że ludzie są dobrzy. Kiedy raz zemdlałam w polu i dziewczyny niosły mnie przez bramę, gdzie odbywało się liczenie, usłyszałam przejęty głos: „Mój Boże, taka młoda!”. Zobaczyłam, że pochyla się nade mną kobieca twarz w czapce SS. Pomyślałam, że nawet w niej tli się iskra człowieczeństwa. – Czy po obozie czegoś się Pani bała? – Nie. Myślałam, że skoro przeżyłam Auschwitz, nic mi już nie grozi. Miałam dobrego, mądrego męża, Jana Piaseckiego – literata i redaktora, któremu zawdzięczam napisanie mojego pierwszego, najbardziej znanego utworu „Pasażerka”. Opowiedziałam mu, jak na placu Concorde w Paryżu usłyszałam Niemkę mówiącą głosem mojej nadzorczyni w obozie. Zwierzyłam się, że nie wiedziałam, czy ją zadenuncjować, czy zapytać: „Jak się pani powodzi, pani Franz?”. Poradził mi, żebym to napisała, i tak powstała „Pasażerka”. Nie rozmawiali o Auschwitz. Dopiero kiedy pojechała na spotkanie z przewodnikami KL Auschwitz-Birkenau i ktoś z MDSM zaproponował, żeby regularnie zaczęła o tym opowiadać, zgodziła się. – Niemcy chcą poznać obozową codzienność – mówi. – Dziękuję im, że chcą o tym wiedzieć. Bo wiedząc, mogą być odporni na działanie nowych, zbrodniczych ideologii.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama