Nowy numer 48/2020 Archiwum

Prawo do
 niezabijania

O tym, dlaczego zdecydowała się publicznie odmówić uczestnictwa w aborcjach w rzeszowskim szpitalu Pro-Familia, z położną Agatą Rejman 
rozmawia
 Mariusz Majewski

Po trzeciej takiej sytuacji przebywa Pani na zwolnieniu lekarskim. Dlaczego? 


Nie wytrzymałam tego, przy czym uczestniczyłam. To mnie rozbiło jako kobietę, jako matkę i jako katoliczkę. Trzeci przypadek aborcji na moim dyżurze był 1 stycznia. Koleżanka zaczęła się kłócić z lekarzem, że przecież to dziecko miało się rodzić na porodówce, żeby przynajmniej godnie to wyglądało. Wtedy nie wytrzymałam i zapytałam ją, o jakim godnym umieraniu w ogóle mówi w przypadku aborcji, jeśli celem jest zabicie dziecka. Godne umieranie może być wtedy, jeśli kobieta roni dziecko i nic nie można już zrobić, żeby je uratować. I lekarz tak nam mówił, że to zwykłe poronienie. Później przyszła inna koleżanka z porodówki i pyta, co my tu wyrabiamy. Mówię jej, że jest aborcja. Złapała się za włosy i nie mogła uwierzyć. Zbladła i uciekła na salę porodową. Zawołałam wtedy doktora i mówię do niego, żeby sam się zajął tą pacjentką i siedział tu przy niej. Ja w tym uczestniczyć nie będę, bo jestem katoliczką, chcę przyjmować sakramenty i chcę swoim dzieciom rano móc spokojnie patrzeć w oczy. 


Ale nie udało się nie uczestniczyć?


Gdy zaczął się poród, nie było nikogo innego i musiałyśmy w tym brać udział. Najpierw pojawiła się nóżka albo rączka. Lekarz pociągnął i wypadła reszta. Dziecko wpadło do metalowej miski. Położyłyśmy je na chuście i ochrzciłyśmy. Wyszłam na korytarz. Nie widziałam tego, ale koleżanka mi powiedziała, że na chuście dziecko podniosło klatkę piersiową, nabrało oddechu i umarło. Wiem, że później powtórzyła to na zebraniu z lekarzem, że nie może tak być, żeby dzieci na naszych oczach umierały. 


Co było dalej?


Jeszcze przez kilka dni pracowałam, miałam głównie nocne dyżury. W końcu oddziałowa zapytała mnie, która to położna powiedziała lekarzowi, że chce do komunii chodzić. Zdziwiło mnie to pytanie. Sytuacja w szpitalu już była rozdmuchana, więc mówię jej, że to ja tak powiedziałam. Wśród personelu był to gorący temat. Na ginekologii zaczęły się ciche rozmowy, co mamy robić. Zwyczajnie bałyśmy się. 


Dyrektor szpitala tłumaczył, że „gdyby pani wcześniej powiedziała, że źle się czuje, asystując przy zabiegach, byłaby zwolniona z tego obowiązku”. 


Myślałyśmy, że skoro nikt z dyrekcji czy lekarzy nie przyszedł z nami porozmawiać, wyjaśnić sytuację, powiedzieć, że będą u nas aborcje, poinformować o prawie do klauzuli sumienia, to jeśli same poruszymy ten temat, możemy mieć jakieś kłopoty. Szukałyśmy konsultacji u księży, prawników. Napisałyśmy na ginekologii pismo, powołując się na klauzulę, w którym odmawiamy udziału w aborcji. Podpisały się położne, podpisały się też pielęgniarki z anestezjologii, które uważają, że również biorą w tym udział, jeśli przychodzą podawać znieczulenie. Później to oświadczenie trafiło na salę porodową. Wtedy zaczęły się ironiczne i złośliwe komentarze doktorów. Na przykład takie: „Która to święta położna nie używa prezerwatywy czy nie stosuje stosunku przerywanego?”. 


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama