Nowy numer 44/2020 Archiwum

Estetyka kłamstwa

W centrum pamięci zbrodni samej Armii Czerwonej musi być pamięć o kilku milionach zgwałconych kobiet.

Kłamstwo upadla – tego, kto je wypowiada, tego, kto udaje, że nie słyszy. Kiedy kłamstwo, podtrzymywane przez władzę, przesyca atmosferę publiczną, jesteśmy upodleni wszyscy, dopóki nie zaprotestujemy, dopóki jakieś dziecko nie zawoła: „Król jest nagi”. Ta smutna refleksja nasunęła mi się, kiedy student gdańskiej ASP zdecydował się ustawić swoją rzeźbę, zatytułowaną „Komm Frau”, obok czołgu upamiętniającego zdobycie Gdańska przez Armię Czerwoną w 1945 roku. Realistycznie przedstawia ona scenę gwałtu dokonywanego przez czerwonoarmistę na kobiecie. Służby porządkowe szybko usunęły „skandaliczną” rzeźbę. Służby podlegające temu samemu prezydentowi miasta, który kazał wcześniej przywrócić na historycznej bramie Stoczni Gdańskiej miano Lenina i ścigać tych, którzy się temu sprzeciwiali, broniąc nazwy „Solidarności” w miejscu jej narodzin.

Najbardziej przygnębiająca była jednak reakcja nowego rzecznika polskiego MSZ na ustawienie tej rzeźby. Nazwał ten fakt „działaniem pseudoartystycznym” i ogłosił, że jest mu przykro z powodu całego incydentu i ma nadzieję, że nie wpłynie on na relacje polsko-rosyjskie. Czy oficjalny przedstawiciel polskiego państwa musiał w tym momencie wystąpić w roli arbitra estetyki? Czy musiał wyrazić ubolewanie? Dlaczego? Czy dlatego, że rzeźba ustawiona w Gdańsku mówi nieprawdę? Żołnierze Armii Czerwonej wyzwolili Polskę spod straszliwej, ludobójczej okupacji niemieckiej. I zapłacili za to wielką cenę – cenę życia kilkuset tysięcy żołnierzy. Za tę ofiarę winni jesteśmy im wdzięczność. Symbole tej wdzięczności – pomniki – rozsiane są po całej Polsce.

Ale to nie jest cała prawda o Armii Czerwonej na ziemiach polskich. Uzupełnia ją pamięć zbrodni, jakie ta sama armia popełniła, najpierw jako najlepsza sojuszniczka Hitlera (od września 1939 do czerwca 1941) – w Polsce, na Litwie, Łotwie, w Estonii, Finlandii, Mołdawii, a potem na swym zwycięskim szlaku bojowym do Berlina w całej Europie Wschodniej i Środkowej. I jeszcze pamięć politycznego zniewolenia, jakie ta armia przyniosła wtedy, torując drogę rządom komunistów, marionetkom Stalina. W centrum pamięci zbrodni sowieckich wobec podbijanych dla Stalina krajów jest Katyń, dokonany rękami nie Armii Czerwonej, ale NKWD. W centrum pamięci zbrodni samej Armii Czerwonej musi być pamięć o kilku milionach zgwałconych kobiet. Antony Beevor i Norman Naimark, dwaj wybitni historycy anglosascy, przedstawili w swych fundamentalnych dziełach tę zbrodnię, jaka dokonała się na niemieckich kobietach przede wszystkim.

Jest ona udokumentowana w tysiącach publikowanych w Niemczech wspomnień, w dokumentalnych filmach i archiwalnych relacjach. W Polsce pamięć ofiar – dziesiątków, a może raczej setek tysięcy kobiet zgwałconych na naszej ziemi przez czerwonoarmistów w latach 1944–1945 – jest wciąż słabo obecna w świadomości historycznej. Dopiero ostatnio pojawiła się gdzieś na marginesie w dobrym i ważnym filmie Wojciecha Smarzowskiego „Róża”. A przecież ta zbrodnia nie dotyczyła tylko Pomorza i Śląska, traktowanych przez Armię Czerwoną jako ziemie zdobyczne, obszar wroga, gdzie można pomścić swoje krzywdy, doznane od zbrodniarzy z Wehrmachtu. Ta zbrodnia dokonała się także na ogromnej liczbie polskich kobiet – w setkach wsi i miast na Rzeszowszczyźnie, na Mazowszu, w Wielkopolsce, w Kielcach, Olkuszu, Krakowie…

Tam, gdzie przechodził front sowiecki, tam zostawały tysiące zgwałconych kobiet, potem gigantyczny wzrost chorób wenerycznych, dziesiątki tysięcy aborcji niechcianych dzieci, setki tysięcy traum, zwichniętych losów, zniszczonych psychik. Ta sprawa nigdy nie zaistniała w świadomości Polaków. Ofiary tej zbrodni, jeśli przeżyły, nie chciały o niej mówić – to zrozumiałe. Ale czy my mamy także udawać, że nic się nie stało? Tak jak udaje Trybunał strasburski, że Prokuratura Wojskowa i cały wymiar „sprawiedliwości” Federacji Rosyjskiej muszą pozostać poza zasięgiem osądu w swym haniebnym postępowaniu wobec rodzin ofiar Katynia, w swej postawie konsekwentnego poniewierania pamięci samych ofiar? To ten sam strach? To samo udawanie?

Ta sama chęć przeniesienia wrogości na tych, którzy naruszają ten „konsensus” kłamstwa i próbują dociekać prawdy lub ją po prostu wskazywać – kiedy jest już znana, ponad wszelką wątpliwość, tak jak w sprawie gwałtów… To młody rzeźbiarz jest winny! Nie radzi sobie z estetyką… Przepraszamy was, Rosjanie… Dokąd doszliśmy, skoro tak histerycznie próbujemy, nasze media (a przynajmniej ich potężną część), nasze instytucje państwowe i europejskie, zakrzyczeć tych, którzy stawiają politycznie poprawnej pamięci niewygodne pytania? „Patrzcie, przecież on jest nagi!” – te słowa, nawet jeśli wypowiada je jakiś słaby głos, mają wielką siłę. Odwołują się bowiem do rzeczywistości – tej, którą propaganda i strach przed siłą (imperatora) próbują zagłuszać.

Przez czas jakiś dworzanie imperatora mogą to robić skutecznie i z dużym zyskiem dla siebie. „Muszę wytrzymać do końca procesji” – powtarzał sobie imperator, którego nagość ktoś mały ośmielił się nazwać, zdemaskować. I szedł dalej, a dworzanie za nim, „niosąc tren, którego wcale nie było”. Może wytrzymają do końca swojej procesji (kadencji, może nawet do końca swego życia), krzywiąc się na niewłaściwą estetykę upartych poszukiwaczy prawdy. Ale ostatecznie rzeczywistość wygra z nierzeczywistością. Trudno jest utrzymywać cały, coraz bardziej skomplikowany system kłamstw. Nagie szaty prują się i odsłaniają całą szpetotę nie dziecka, które to widzi i nazywa, ale imperatora, jego imperium, jego sług, udających, że „nic się nie stało”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama