GN 43/2020 Archiwum

To nie był mój dom

Mówi o sobie, że nie jest katolickim filmowcem, ale filmowcem, który jest katolikiem. Jednak Christian Peschken katolikiem nie był od zawsze.

Jego droga do Kościoła katolickiego była długa i kręta. Jest postacią znaną w świecie w telewizyjnej produkcji filmowej zarówno w Niemczech, jak i w USA. Przez 14 lat realizował swoje programy w niemieckich stacjach radiowych i telewizyjnych, zanim w 1989 roku wyjechał do Kalifornii. Tam, jako producent wykonawczy, współpracował przy realizacji wielu głośnych filmów z takimi sławami jak Rod Steiger, Martin Sheen czy F. Murray Abraham. Jednak uwagę światowych mediów zwrócił jego najnowszy filmowy projekt.

Zrobię film o papieżu

Kiedy papież Franciszak pojawił się na balkonie w dniu swojego wyboru, Christian Peschken pomyślał, że ta scena stanowiłaby znakomite zakończenie filmu o życiu kardynała Bergoglia. Działał szybko. W ciągu kilku dni luźny projekt nabrał realnych kształtów. Dzięki swoim kontaktom udało mu się zainteresować ważnych ludzi z branży filmowej. Do udziału w nim namówił m.in. Andreę Torniellego, włoskiego pisarza i dziennikarza katolickiego, autora wielu książek, w tym wydanej również w Polsce „Jorge Mario Bergoglio. Franciszek. Biografia papieża”. Ważny był fakt, że Tornielli od 2002 roku znał obecnego papieża. Zaprosił również hiszpańskiego reżysera i scenarzystę Antonia Cuadriego i Vittoria Storrara, światowej sławy operatora, trzykrotnego zdobywcę Oscara. Storraro w liście opowiedział o swoim szacunku i oddaniu dla papieża dodając, że pozytywne przesłanie w filmie będzie ważne dla wszystkich, nie tylko katolików. Peschken kontaktował się także z Sergiem Rubinem, autorem „Jezuity”, jedynej wydanej przed elekcją biografii papieża, któremu zaproponował konsultację scenariusza.

Zupełnie inny program

To była długa droga – mówi Peschken o swoim nawróceniu. Był rok 1994. Pewnej nocy nie mógł zasnąć, więc włączył telewizor. Na ekranie jakaś dama o różowych włosach wymachiwała Biblią i mówiła o Jezusie. „To było moje pierwsze prawdziwe i świadome spotkanie z chrześcijaństwem – wspominał tę chwilę w rozmowie z National Catholic Register. – Wcześniej, zanim zostałem chrześcijaninem, modliłem się do Boga, tylko kiedy potrzebowałem pieniędzy, by kupić nową corvettę albo zapłacić czynsz za wynajmowane luksusowe mieszkanie w Burbank”. Przez następne 6 lat filmowiec oglądał kazania i modlitwy wygłaszane w Trinity Broadcasting Network (TBN), cieszącej się największą oglądalnością stacji religijnej w USA. TBN realizuje i emituje programy skierowane do chrześcijan różnych wyznań, a także do żydów mesjanistycznych. W 1999 roku, jako szef jednego z komitetów Amerykańskiego Stowarzyszenia Producentów, zaczął zastanawiać się, czy film wywiera wpływ na społeczeństwo, czemu Hollywood często zaprzecza. Producent padł na kolana, uznał Chrystusa za swojego zbawcę i zainspirowany kazaniami telewizyjnych kaznodziei zaczął działać. Wkrótce rozpoczął realizowanie swojej misji. W Los Angeles programem „Najemnicy Boga” pomagał bezdomnym przezwyciężyć ich bezdomność. W tym czasie nie był członkiem żadnego Kościoła. „Próbowałem dołączyć do jakiejś wspólnoty bezwyznaniowej, ale nie czułem się tam dobrze.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także