Nowy numer 43/2020 Archiwum

Plusy ujemne

Polityczna biografia Lecha Wałęsy spisana przez Piotra Semkę to także rachunek sumienia całego pokolenia „Solidarności”.

Na tylnej okładce książki widzimy zdjęcie z maja 1989 roku. Dziedziniec parafii św. Brygidy w Gdańsku, przemawia Lech Wałęsa, wśród słuchaczy Piotr Semka – patrzy w obiektyw. Kadr jest w pewnym sensie symboliczny, bo biografia autora bardzo silnie spleciona jest z biografią jego bohatera. To nadaje książce niezwykły walor. Piotr przygląda się Wałęsie od strajku w stoczni, najpierw jako licealista, potem szeregowy członek solidarnościowego ludu, działacz gdańskiej opozycji, wreszcie wpływowy dziennikarz i polityczny analityk. Losy autora i bohatera wielokrotnie się krzyżują, w 1992 roku osiągają wręcz masę krytyczną, bo to właśnie Semka wraz z Jackiem Kurskim w książce „Lewy czerwcowy” ujawnili kulisy antylustracyjnej gry prowadzonej przez ówczesnego prezydenta. Trudno zatem byłoby wymagać od „Za, a nawet przeciw” chłodnej i beznamiętnej refleksji, bo to w dużej mierze autobiografia samego Piotra Semki. Rozrachunek z Lechem Wałęsą jest zarazem rozliczeniem z własnymi poglądami i spojrzeniem na politykę minionych 30 lat. To także opowieść o pokoleniu autora, o konfrontacji jego nadziei (których Lech Wałęsa był kilka razy uosobieniem) z politycznymi realiami III RP. Opowieść osobista, a zarazem zobiektywizowana, bo autor jest pełnokrwistym dziennikarzem. Zestawia swoje wspomnienia z relacjami innych świadków, cytuje książki i źródła. Wyciąga wnioski i stawia hipotezy. Stara się rozwiązać zagadkę, jaką jest Lech Wałęsa.

Człowiek z paradoksu

„Za, a nawet przeciw” nie jest jedynie nawiązaniem do chyba najsłynniejszego cytatu z Wałęsy. Tytuł książki w dużej mierze definiuje bohatera. Semka pokazuje, że był on i jest przede wszystkim człowiekiem paradoksu. Nie tylko łączy w sobie sprzeczności, ale też jako metodę swego politycznego działania uznawał i wciąż uznaje czynienie rzeczy (pozornie) wykluczających się. Uważany za radykała, był tak naprawdę miękki i skłonny do kompromisów. Atakował, by zawsze w ostatniej chwili wycofać się. Jak w marcu 1981 r., gdy powstrzymał olbrzymią społeczną energię, odwołując strajk powszechny; jak w 1988, gdy zgasił protest młodej „Solidarności”; jak w 1995, gdy już, już miał rozwiązać parlament, by w końcu poprzestać na wymianie premiera Pawlaka na Oleksego. Uważany za człowieka prawicy zawsze miał „swoich” ludzi na lewicy, oparcie w komunistycznych służbach i wojsku. Był symbolem przyspieszenia i zarazem głównym hamulcowym przemian. Obalał komunę i stwarzał warunki, by się odrodziła. Dla świata na zawsze pozostanie symbolem skutecznego oporu wobec sowieckiego imperium, choć firmował dziwne spółki w sowieckich bazach i lansował NATO-bis. Jest ikoną robotnika, choć jako prezydent od swej bazy całkiem się odciął. Czytając skondensowaną na 350 stronach historię zawrotnej kariery najsłynniejszego elektryka świata, nie sposób nie zauważyć doskonale definiującej go owej wewnętrznej sprzeczności. Za dużo faktów na jej potwierdzenie przytacza Piotr Semka, by można było mówić o przypadku.

Wschodni rys

Swoiste „rozdwojenie jaźni” laureata pokojowego Nobla miało konkretne polityczne skutki. W jednym z wczesnych wywiadów, cytowanych w książce, Lech Wałęsa mówi o sobie: „Ja zawsze jestem z wolą ludu. Ja nie mogę mieć własnego zdania, bo zawsze muszę iść z większością, czy mi się podoba, czy nie”. I zdanie dalej: „Naprawdę jestem samolubem, zamkniętym człowiekiem”. Niezwykle celna autodefinicja, chciałoby się powiedzieć po latach. To nieustanne bywanie „za, a nawet przeciw”, traktowanie ludzi w charakterze zderzaków, odwracanie sojuszy, wzmacnianie raz lewej, raz prawej nogi było z jednej strony powodowane koniunkturalizmem, ale z drugiej niepohamowanym egoizmem. Dla Lecha Wałęsy zawsze punktem odniesienia był tylko Lech Wałęsa. I dlatego nawet gdy udawało mu się trafnie wyczuć nastroje i zgromadzić ogromne poparcie społeczne, marnował je, skłócając i odtrącając wszystkich wokół – traktowanych jako potencjalne zagrożenie. Belweder w książce Semki to „puste zamczysko”. Wałęsa wykurzył bowiem z niego wszystkich ludzi, którzy mogliby mu doradzić, pomóc, wesprzeć. Gustował w obyczajach dworskich, otaczał się wyłącznie potakiwaczami i ludźmi zapewniającymi mu nieformalne wpływy – jak Mieczysław Wachowski. Jako prezydent zdecydowanie bardziej pasował do standardów wschodnich niż zachodnich. „Polityk, który przez wiele lat deklarował, że walczy o demokrację, w chwili, gdy został głową państwa, z ochotą zaakceptował system sprzeczny z czytelnymi zasadami rozdziału władz. Ten wschodni rys Wałęsy objawi się potem w gotowości do prześladowania opozycji, w pomysłach »wariantu Jelcyna« czy w groźbach rozwiązania Sejmu” – pisze Semka.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama