Nowy numer 49/2020 Archiwum

Rozjeżdżamy się

W nauki ścisłe wpisany jest spór. Można mocno się starać, można spełnić wszystkie wymagania formalne i wciąż być w błędzie. Niezamierzonym błędzie. Ale tego, kto ma rację, a kto się myli, nie wybiera się w głosowaniu. Trzeba usiąść przy stole i wyłożyć karty na stół. W sprawie katastrofy smoleńskiej żadna ze stron tego nie robi.

Wszystkie konferencje naukowe wyglądają podobnie. Mowa o tych z dziedziny nauk ścisłych. Naukowcy, którzy chcą wygłosić odczyt, przysyłają organizatorom streszczenie wystąpienia i czekają na jego akceptację. Komitet naukowy czyta nadesłane prace i ocenia ich stronę merytoryczną. Czasami, gdy nazwisko badacza daje pewność wysokiego poziomu jego wiedzy, komitet na nadesłane przez niego tezy patrzy przez palce. Gdy abstrakt nadsyła nieznany nikomu młody naukowiec, sprawdza się go bardzo skrupulatnie. Powinno się sprawdzać. Komitet naukowy składa się z ludzi o wiedzy i doświadczeniu, która nie stanowi sporu. Im większe nazwiska w komitecie naukowym i organizacyjnym konferencji, tym większa jej ranga. W końcu nadchodzi konferencja. Mówcy, czasami steki mówców, przedstawiają swoje badania i swoje wnioski. Sala słucha albo śpi. Gdy temat jest ciekawy, a badacz potrafi porwać publiczność, z sali pada mnóstwo pytań. Czasami prowadzący sesję czy panel musi z zegarkiem w ręku interweniować i prosić, by dalszą dyskusję przenieść do kuluarów. Kto zadaje pytania? Czasami znajomi pracujący nad tym samym problemem, tyle tylko że na drugim końcu świata, czasami doktoranci, którzy głowią się nad jego rozwiązaniem. Nikomu nie chodzi o to, by mówiącego zgnębić czy udowodnić jego niekompetencję, tylko by się dowiedzieć, jak jest albo jak było.

W przeciwieństwie do nauk humanistycznych, gdzie – w największym skrócie – rację może mieć kilka osób, choć każda z nich ma inne zdanie, w naukach ścisłych to niemożliwe. Co więc godzi tych, którzy badając to samo, dochodzą do różnych wniosków? Dyskusja i spór.

Wciąż w błędzie

Bez sporu nie da się uprawiać nauk ścisłych. Można spełnić wszystkie wymagania formalne, wszystkie „dobre praktyki” uprawiania badań (czy dochodzenia do rozwiązania) i wciąż być w błędzie. Jak to możliwe? Wystarczy, że założenia wstępne minimalnie różnią się od tych, które wystąpiły w rzeczywistości. Wystarczy, że niedokładnie zmierzono jakąś wielkość, że dane, które naukowiec ma do dyspozycji, z jakichś powodów (mogą ich być tysiące) są błędne lub niepełne. Wystarczy, że analogia z innymi zjawiskami jest zbudowana na błędnych przesłankach. I już jesteśmy w ciemnym lesie. Ten problem dotyczy każdej dziedziny nauk ścisłych, ale szczególnie tych sytuacji, kiedy dostęp do danych z jakiegoś powodu jest utrudniony, a temat sporu skomplikowany i wielowątkowy. W popełnianiu błędów w takich warunkach nie ma niczego zdrożnego, ale żeby te właśnie błędy nie rzutowały na uzyskane w wyniku „naukowego dochodzenia” rozwiązanie, potrzebne są konfrontacja, spór i dyskusja. Jest wielce nieprawdopodobne, że różni eksperci badający ten sam problem różnymi metodami, w różny sposób, popełnią te same błędy. Co, jeżeli ich wyniki są różne? Wspaniale! To oznacza, że gdzieś jest błąd, a to wbrew pozorom bardzo dobra wiadomość. Bo oznacza, że nad jakimś problemem trzeba się bardziej pochylić. To z kolei będzie miało dobry wpływ na wynik końcowy. Nie ma niczego gorszego niż sytuacja, w której przy pierwszym „rzucie” wszyscy otrzymują ten sam wynik. Już samo to jest tak podejrzane, że wymaga zaglądnięcia w szczegóły. Nie ma żadnej wątpliwości – i to warto raz jeszcze powtórzyć – nie da się rozwiązywać skomplikowanych i złożonych problemów, częściowo opartych na domniemaniach i poszlakach, bez konfrontacji. A jak ta konfrontacja wygląda w przypadku badań, jakie przeprowadzono, szukając przyczyn katastrofy smoleńskiej?

Prawdziwa katastrofa

Katastrofa smoleńska kojarzy się z konfrontacją i sporem. Szkoda tylko, że nie naukowym, eksperckim, ale politycznym czy momentami rynsztokowym. Tutaj nie ma wymiany myśli. Tutaj jest okopywanie się na własnych pozycjach i obrzucanie. Głównie, albo prawie zawsze, przez polityków. Często, w prywatnych rozmowach z niespecjalistami, pada stwierdzenie, że tej katastrofy w pełni nie da się już wyjaśnić. Bo minęły ponad trzy lata, bo Rosjanie zniszczyli masę dowodów, a wrak i skrzynki cały czas przetrzymują. Bo fałszowali sekcje zwłok i być może mieli udział w dezinformacji nie tylko społeczeństwa, ale także ekspertów. To wszystko prawda, ale jeżeli ta katastrofa nie zostanie wyjaśniona do samego końca, ze wszystkimi podnoszonymi dzisiaj wątpliwościami, to nie z powodu upływu czasu czy zatajania i fałszowania informacji, ale dlatego, że ci, którzy od strony eksperckiej nią się zajmują, nie chcą, nie mogą czy nie potrafią podejść do tego w sposób wolny od emocji i uprzedzeń. Ta katastrofa może nie być wyjaśniona, bo została zaburzona wypracowana już kilkaset lat temu ścieżka dochodzenia do prawdy w naukach ścisłych. Tym elementem, który całkowicie jest dzisiaj pomijany (myślę, że przynajmniej przez część graczy w sposób całkowicie świadomy), jest kwestia weryfikacji stawianych tez. I to jest zarzut w stosunku do każdej ze stron, choć mam pewność, że mniej dąży do wspólnego stanowiska strona rządowa. I to jest prawdziwa katastrofa. W zeszłym tygodniu odbywała się w Warszawie II Konferencja Smoleńska. Jak na każdej konferencji były wykłady bardzo interesujące i takie, na których trudno było wysiedzieć.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama