Nowy numer 43/2020 Archiwum

Książę i cesarz

200 lat temu definitywnie skończyły się nadzieje na odrodzenie Polski u boku Napoleona. A jednocześnie narodził się wielki narodowy mit – bohaterskiego księcia.

Książę Józef Poniatowski 19 października 1813 roku zginął w nurtach Elstery. Od trzech dni pod Lipskiem trwała bitwa, w której ostateczną klęskę miał ponieść cesarz Francuzów w starciu z wielką koalicją państw przeciw niemu sprzymierzonych. Od trzech dni Poniatowski nosił zaszczytny tytuł marszałka Francji, ale naszym bohaterem narodowym był już od co najmniej czterech lat, gdy jako wódz naczelny polskich wojsk zdobywał Kraków. Zapamiętany został jednak głównie ze względu na swą śmierć, uwiecznioną na setkach obrazów. I słowa: „Bóg mi powierzył honor Polaków, Jemu samemu go oddam” – które jakoby miał wówczas wypowiedzieć. Wielkości księcia Józefa i jego zasług nikt dziś nie kwestionuje. Zupełnie inaczej rzecz się ma z Napoleonem, a zwłaszcza jego stosunkiem do „sprawy polskiej”.
 

Nie był polonofilem
Mijają dekady, ale Bonapartemu wciąż przybywa i zwolenników, i wrogów. Tych pierwszych w Polsce ma on pewnie nie mniej niż we Francji (trafił nawet do naszego hymnu), drugich trzeba ze świecą szukać. Głównie dzięki nieśmiertelnym strofom Adama Mickiewicza, prozie Prusa czy książkom Waldemara Łysiaka. Ale nie zawsze tak było, a i dziś wśród historyków opinie o roli, jaką Napoleon odegrał w naszej walce o niepodległość, są stonowane i wyważone. – To truizm, ale nigdy dość przypominania, że był on przecież cesarzem Francuzów. Wszystko, co robił, służyło w pierwszej kolejności jego ojczyźnie i własnej dynastii, a nie sprawie polskiej – mówi prof. Małgorzata Karpińska z Uniwersytetu Warszawskiego.

– Wbrew obiegowym opiniom Napoleon wcale nie był polonofilem. Wszystko, co robił „dla nas”, było jedynie wypadkową wielkiej gry wojennej, jaką przez całe życie prowadził z Anglią. Polska służyła mu też do antagonizowania Rosji z Prusami i trzymania w szachu Austrii – dodaje prof. Michał Baczkowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dlatego cesarz nie miał nawet jakiejś stałej, konsekwentnie realizowanej polityki polskiej, zmieniał ją wraz ze zmieniającymi się okolicznościami.

Są godni być narodem?
Bonaparte nie posiadał też zbyt rozległej wiedzy o naszym kraju. Czerpał ją nie z jakiegoś profesjonalnego banku informacji, bo takowe wówczas nie istniały, lecz od „życzliwych”. To, że otaczał się Polakami, niewiele zmieniało, bo np. adiutant Józef Sułkowski kreślił Napoleonowi wizję swej ojczyzny jako kraju wiecznej anarchii. W tym kontekście mniej metaforycznie brzmią słynne słowa z odezwy cesarza do Polaków z 1806 roku: „Obaczę, jeżeli Polacy godni są być narodem”.


Był to zresztą moment historii wiele mówiący o motywach, jakimi kierował się Napoleon. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej w ogóle nie było nas w jego planach, ale rozgromienie Prusaków przez Francuzów pod Jeną i Auer­stedt spowodowało wytworzenie się swoistej politycznej „czarnej dziury” na ziemiach polskich zaboru pruskiego. Jeśli Francuzi nie przekroczyliby Odry, zrobiłby to z drugiej strony mapy car Aleksander, który już szykował 100 tysięcy swoich jegrów. Tak właśnie, a nie z miłości do Polaków zrodziło się Księstwo Warszawskie.

Pamiętniki i wspomnienia z tamtych lat pełne są anegdot o tym, jak mało cesarz rozumiał z polskiej specyfiki. Sejm mylił mu się z konfederacją, kompletnie nie mógł pojąć dualizmu I Rzeczypospolitej, abstrakcją byli dlań Żmudzini śpiewający: „jeszcze Polska nie zginęła”. Dlatego – ku rozpaczy Litwinów – zatrzymał swe wojska i polityczne plany na linii Niemna.
 

Kościuszko mówi: nie
Księstwo było warszawskie, naród polski, pieniądz pruski, książę saski, a kodeks francuski. Tak złośliwie o państewku powołanym do życia przez Napoleona mawiano przez pierwsze lata. Cesarz miał wówczas nad Wisłą fatalny „pijar” i czarną legendę przyniesioną przez legionistów, których traktował jak kondotierów. Wsparcia odmówił mu Tadeusz Kościuszko, który wówczas był z przekonania republikaninem i nie ufał Bonapartemu. Z drugiej flanki zachodził cesarza książę Adam Czartoryski, wielki zwolennik strategicznego sojuszu z Rosją przeciw Francji, choć car do jakiegoś partnerstwa z Polską wcale się nie palił. Także Kościół długo nie był zdecydowany, czy cesarza poprzeć. List pasterski wzywający wiernych, by to zrobili, abp Ignacy Raczyński podpisał dopiero 15 grudnia 1807 roku, gdy księstwo już formalnie istniało.
Ale taki był wówczas klimat. Polacy nie bardzo rozumieli, dlaczego odrodzone państwo nie może nazywać się Polska i czemu Napoleon jest taki wstrzemięźliwy w udzielaniu nam gwarancji trwałości odzyskanych ziem. A był wstrzemięźliwy, nawet w 1812 r., gdy najbardziej potrzebował naszej krwi. Sejm księstwa ogłosił  wtedy powstanie Królestwa Polskiego. Cesarz odpowiadał na ten gest dyplomatycznie i długo, ale przekaz brzmiał jasno: „pożywiom, uwidim”.
 

On zawsze na przedzie
Jednego Napoleonowi nie można odmówić – znakomitej ręki do ludzi. Z Kościuszki pewnie nie miałby takiego pożytku jak z Józefa Wybickiego, który okazał się znakomitym administratorem, czy księcia Józefa Poniatowskiego, dziś już wiemy, wodza pełną gębą, ale wtedy lekkoducha i birbanta. Złośliwi mówią, że mianowanie go ministrem wojny księstwa było jedynie gestem obliczonym na pozyskanie polskiej arystokracji. Andrzej Nieuważny, autor wielu książek o czasach napoleońskich, potwierdza, że coś było na rzeczy, bo wiedza wojenna księcia Józefa pochodziła z czasów insurekcji kościuszkowskiej. – To tak, jakby dziś szefem firmy komputerowej zrobić kogoś, kto posługiwał się tylko maszyną do pisania – porównuje A. Nieuważny. Ale bardzo szybko, bo już w 1809 r., książę potwierdził słuszność nominacji. Przeciw świetnie wyszkolonym Austriakom z sukcesem poprowadził polskie wojsko z poboru, popisał się też kunsztem strategicznym, oddając nieufortyfikowaną Warszawę, by uderzyć na Galicję i zdobyć Kraków. Zmusił tym samym zaborcę do wycofania się i walnie przyczynił do powiększenia powierzchni księstwa o jedną trzecią.

Pod Raszynem pokazał po raz pierwszy charakter, bo osobiście poprowadził swoich żołnierzy do walki na bagnety. – Dowódców dzieli się na tych, co wołają: „naprzód” i tych, co mówią: „za mną”. On był z tych, co idą na przedzie – potwierdza Andrzej Nieuważny. I dodaje, że przy tym potrafił także zadbać o sprawy materialne armii, nawet tak przyziemne jak kalesony czy onuce.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama