GN 42/2020 Archiwum

Z winnicy do piwnicy

Rolnictwo. Okolice Sandomierza wracają do winiarskich tradycji. Powstające na słonecznych stokach pola to dla jednych pasja, a dla innych sadownicza alternatywa i szansa na nowy produkt.

Kilka lat temu przy dominikańskim klasztorze św. Jakuba na opadającym ku zamkowi i Wiśle wzgórzu posadzono kilka rzędów winorośli. Mieszkańcy i turyści nieraz spoglądają z zaciekawieniem na pnące się pędy, na których co roku pojawiają się soczyste grona. Także w okolicznych miejscowościach powstało kilka winnic, z których owoce już od kilku lat dają wino nieustępujące smakowo trunkom z innych krajów.

Zakonne korzenie

Sandomierska przyklasztorna winnica to powrót do średniowiecznych tradycji uprawy, którą zainicjowali właśnie biali bracia przybyli wtedy do miasta. – Oni byli prekursorami uprawy winogron na tym terenie. Kiedy w 1226 roku przyjechali do Sandomierza, od razu z myślą o celach liturgicznych założyli winnicę. Sadzonki sprowadzili z południa Europy. Z owoców produkowali wino mszalne. Zdobyło ono tak duże uznanie, że zakonnicy uzyskali pozwolenie od książąt pomorskich na dystrybucję w Europie – tłumaczy dr Janusz Suszyna z Sandomierskiego Towarzystwa Naukowego. Zapoczątkowane wtedy uprawy winorośli trwały przez ponad sto lat. W XIV wieku przyszło oziębienie klimatu i winorośl szlachetna wymarzła. Została tylko winorośl mieszańcowa, wytrzymująca w chłodnym klimacie. W kolejnych wiekach podejmowano kolejne próby powrotu do uprawy i produkcji wina, ale nie przynosiły one efektów. – W Sandomierzu zapomnieliśmy o winorośli szlachetnej, bo nie było warunków do jej uprawy. Gdy teraz mamy już odmiany winorośli mieszańcowych, które nadają się do uprawiania, przerobu i konsumpcji, odżywają dawne tradycje – podkreśla dr Suszyna. O tym, że okolica słynęła z hodowli winorośli i wyrobu wina, świadczą także nazwy miejscowości w niedalekiej okolicy, jak Winiarki czy Winnica. – Przy kościele św. Jakuba powstała 10-arowa wzorcowa winnica, która stała się centrum edukacyjnym projektu, mającego na celu odtworzenie tradycji winiarskich na ziemi sandomierskiej.

Ambitne plany

Jesienne słońce ogrzewa grona zwisające z winnych krzewów. Między rzędami spacerują osoby, które przybyły na kolejne szkolenie z realizowanego projektu. Podskubują słodkie owoce, poznają nazwy kolejnych odmian. Uprawa winorośli i techniki produkcji wina gronowego oparte na lokalnym surowcu to tylko niektóre zagadnienia z projektu. Jesienne spotkanie poprowadziła Magdalena Kapłan z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, która nie tylko pracuje naukowo, ale też prowadzi z rodzicami doświadczalną winnicę w rodzinnym gospodarstwie w Faliszowicach koło Sandomierza. – W naszym rejonie i klimacie najbardziej sprawdzają się odmiany mieszane winorośli szlachetnej, które są odporne na spadki temperatury zimą i mało podatne na choroby grzybowe mączniaka. Pośród nich wyróżniamy odmiany przerobowe, deserowe oraz beznasienne, z których wytwarza się rodzynki. W powstających w naszym kraju winnicach uprawia się najczęściej odmiany przerobowe, z którym powstaje szlachetny trunek. Te odmiany różnią się walorami smakowymi i aromatycznymi. Zdecydowanie w naszym klimacie łatwiej zrobić wino białe niż czerwone – wyjaśniała M. Kapłan. Tematyką szkoleń jest technika uprawy winorośli oraz produkcja wina gronowego. Podczas nich odbędą się zajęcia praktyczne z techniki uprawy winorośli oraz jej pielęgnacji i podcinania. Przez 8 miesięcy projektu, współfinansowanego z funduszy szwajcarskich, odbędą się szkolenia, pokazy dla uczniów, studentów i potencjalnych producentów winorośli oraz prowadzących działalność turystyczną i agroturystyczną. – Podsumowaniem projektu będzie konferencja, podczas której zaprezentujemy informacje na temat historii winoogrodnictwa sandomierskiego i opowiemy, jak sprzedać polskie wino na podstawie ustawy winiarskiej. Będziemy posiłkowali się winiarzami z naszego terenu, którzy przeszli trudy produkcji z surowca pozyskiwanego w naszych trudnych warunkach. Sukcesem jest nie tylko uprawa, ale późniejsze sprzedanie na podstawie ustawy winiarskiej, następnie podtrzymanie procesu – podsumował Janusz Suszyna.

Rodzinna pasja

Winnica Mariana Głodowskiego z Faliszowic powstała w latach 90. XX w. Dziś można tam spróbować kilkunastu rodzajów winogron. – Jako wieloletni sadownik chciałem mieć w swoim sadzie jakiś ciekawy owoc, który stanowiłby małe wyzwanie uprawowe i kolejną pasję. Z drugiej strony jako dziadek chciałem czymś zaimponować wnukom, poopowiadać im o czymś niezwykłym i ugościć ciekawym owocem. I tak posadziłem pierwsze krzewy w rodzinnej winnicy – opowiada pan Marian. Kilkunastoletnie doświadczenie sprawia, że samą opowieścią zaraża do poznania tajemnic uprawowych. – Winna latorośl to bardzo oryginalna roślina. Wiosną jest leniwa, wegetację rozpoczyna z dwutygodniowym opóźnieniem w porównaniu do całego świata roślin. Jesienią nie ma ochoty jej zakończyć przed przymrozkami. W naszym klimacie do pełnego sukcesu uprawowego brakuje dwóch tygodni wegetacji, ale nie oznacza to, że nie można uzyskać dobrych i wartościowych plonów – opowiada. W tym roku październikowe przymrozki trochę za wcześnie przerwały wegetację i dojrzewanie winogron. Wystarczyły dwie noce z przygruntowym przymrozkiem, a zielone liście poszarzały i całkiem oklapły. – U nas nie ma ciepłego jesiennego słońca, które sprawia, że w gronach wytwarzany jest cenny cukier, tak potrzebny w późniejszej fermentacji. Dlatego nasze winnice nie mogą konkurować z tymi znad basenu Morza Śródziemnego. Jednak są i plusy. U nas duża różnica temperatur miedzy dniem a nocą powoduje większą intensywność smaku owoców, a później wyraźniejszy bukiet wina – dodaje M. Głodowski. Ojcowską pasją z dużym powodzeniem zaraziła się córka Magdalena, która prowadzi szkolenia w sandomierskim projekcie. To właśnie w rodzinnej winnicy prowadzone są od lat obserwacje i badania nad technologią uprawy i przystosowaniem kolejnych odmian do naszego klimatu.

Wino z... pasji

Od prawie 10 lat hodowlą winorośli i wytwarzaniem dla własnych potrzeb wina zajmuje się Wacław Szczoczarz ze Szczeki koło Połańca. W piwnicach odremontowanego dworku, w którym 300 lat temu nocował król szwedzki Karol XII, dojrzewają lokalne specjały. Otwarte drzwi budynków gospodarczych odsłaniają lśniącą maszynerię do wyrobu wina. – Dopiero tutaj zaczyna się cała sztuka wytwarzania – tłumaczy gospodarz. – Każdy rodzaj wina ma ściśle określony proces przygotowania i fermentacji. Czerwone owoce, najpierw odszypułkowane, trafiają do kadzi na 10–14 dni, dopiero potem wytłacza się z nich moszcz, który trafia do fermentatorów. Oczyszczone białe grona od razu trafiają do tłoczni i uzyskany sok poddaje się winifikacji, czyli fermentacji. To skomplikowany proces, nad którym trzeba skrupulatnie czuwać, bo nawet mała pomyłka może sprawić, że wino będzie kiepskiej jakości. Kontroli poddaje się temperaturę fermentacji, kwasowość pH, zawartość cukrów cząstkowych. Po dwóch miesiącach fermentację zatrzymuje się. W dużych bekach wino czeka wiosny. Wtedy z nierdzewnych fermentatorów trafia do butelek; zatkane naturalnym korkiem idzie leżakować do piwnicy winiarza. – Największe emocje towarzyszą pierwszym próbom wyprodukowanego wina. Potem wysyłamy je na konkursy, degustacje. To nadaje winnicy markę. Butelki z winnicy Carolus ze Szczeki znalazły już uznanie. – Jestem zadowolony, moje wino przypadło do gustu polskim znawcom, ale to tylko wino z pasji – dodaje pan Wacław. W Polsce jest jedynie kilkunastu zarejestrowanych winiarzy, gdyż proces administracyjny jest długi, trudny i wymagający wielu certyfikatów. – Szkoda, że małych winiarzy traktuje się jak wielkie konsorcja. Bo ja z mojej winnicy otrzymuję ponad tysiąc butelek wina. Dla własnego użytku to za dużo, zaś za mało, by rejestrować winnicę – mówi z nieukrywanym smutkiem pan Wacław.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama