Wyjście awaryjne

Z kredytami jest jak ze zdrowiem. Gdy zaczyna szwankować, można czekać na wizytę u lekarza tak długo, aż choroba zwali nas z nóg, albo umówić się od razu, po pierwszym kichnięciu. Zdecydowanie najgorszym wyjściem jest znachor. Najlepszym – profilaktyka.

Kredyt wziąć łatwo, ale bywa, że spłaca się go bardzo trudno. Powodów zaistnienia takiej sytuacji może być sporo. W okresie kredytowania pogorszeniu może ulec sytuacja finansowa spłacającego. Może on stracić pracę, może zachorować i być zmuszony do przejścia na rentę, w końcu wypadki losowe mogą spowodować, że będzie musiał ponosić dodatkowe koszty, których wcześniej nie przewidywał. Ale to nie wszystko. Nieuważne czytanie umów (szczególnie tego, co napisane jest drobnym drukiem) może skutkować ratą wyższą niż planowana, a źle wyliczona kwota kredytu może nie wystarczyć na planowany zakup. W skrócie, czasami z winy osoby biorącej kredyt, czasami z powodów od niej niezależnych, zdarza się, że spłacanie zobowiązania staje się trudnym do udźwignięcia ciężarem. Co wtedy robić?

Jak u lekarza

Gdy zdrowie przestaje dopisywać, trzeba iść do lekarza, a nie do wiejskiego znachora. A najlepiej dbać o siebie, by nie zachorować. Jak to się ma do kredytów? Dbanie o siebie to... czytanie umów. Z badań przeprowadzonych przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia w 2009 r. wynika, że większość Polaków nie czyta umów, które podpisuje. Aż 56 proc. ankietowanych przyznawało, że jedynie przegląda umowy przed ich podpisaniem, a 12 proc. – że nie robi nawet tego. Podpisanie umowy oznacza zgodę na zaproponowane przez bank czy inną instytucję finansową warunki kredytu. Unieważnienie podpisanej umowy jest możliwe tylko w sytuacji, kiedy udowodni się, że wprowadzała ona w błąd albo była niezgodna z polskim prawem. I jedno, i drugie jest bardzo trudne. Kwestią podstawową jest dokładne sprawdzenie kosztów kredytu. A policzenie ich wcale nie jest proste. Oprocentowanie kredytu (zwykle to o nim mówi się w reklamach) może bowiem być korzystne, ale gdy weźmiemy pod uwagę wszystkie koszty, jakie trzeba będzie ponieść, kredyt przestaje być atrakcyjny.

Może się okazać, że za kredyt, który w telewizji i na billboardach kosztuje zaledwie 7 proc. w skali roku, trzeba zapłacić ok. 20 proc. Dlaczego? Na koszty kredytu, oprócz oprocentowania, składają się także marża banku i prowizja, a w przypadku kredytów w walutach obcych także tzw. spread, czyli różnica pomiędzy ceną kupna waluty a ceną jej sprzedaży. Bank przy rozliczeniach w walutach obcych sprzedaje klientowi walutę za wyższą cenę niż cena podawana przez NBP i kupuje za cenę niższą. Spread walutowy zasadniczo wpływa na wysokość raty. Duży wpływ na koszt kredytu ma też marża. W zależności od banku może wynieść od ułamka procenta do nawet kilku procent. Jest jeszcze prowizja, z której część banków rezygnuje. Gdyby podsumować wszystko, może się okazać, że rzeczywisty koszt kredytu jest wielokrotnie wyższy niż deklarowany w reklamie. Brak tej świadomości może być powodem późniejszych kłopotów finansowych. Da się ich uniknąć, dokładnie czytając każdą linijkę umowy. Ważne jest, by zwracać uwagę nie tylko na same koszty, ale także na opisane w umowach procedury np. wcześniejszej spłaty kredytu, przewalutowania kredytu, a nawet przesyłania aktualnego stanu zadłużenia. W umowie kredytowej jasno powinny być opisane także dodatkowe usługi związane z zaciąganym kredytem. Bardzo często jest to obowiązkowe ubezpieczenie domu, samochodu czy osoby, która zaciąga kredyt. Koszty tego ubezpieczenia zwykle przekraczają koszty podobnego ubezpieczenia kupionego na przykład w jakiejś firmie ubezpieczeniowej. Należy o tym pamiętać. Aby łatwo było porównać rzeczywiste koszty kredytów, banki oraz SKOK-i mają obowiązek podawania wartość RRSO, czyli rocznej rzeczywistej stopy oprocentowania. Wskaźnik ten uwzględnia wszystkie koszty kredytu, jakie ponosi kredytobiorca: prowizje, ubezpieczenia i inne opłaty bankowe.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..