Nowy numer 43/2020 Archiwum

Remont generalny

O Franciszku, za którym poszedł pięciotysięczny tłum, i o pastorze, który płakał na Mszy, z o. Lechem Dorobczyńskim OFM
 rozmawia 
Marcin Jakimowicz.

Marcin Jakimowicz: Za Biedaczyną z Asyżu poszło… pięć tysięcy mężczyzn. To średnia frekwencja meczów na Ruchu Chorzów czy Widzewie Łódź. Jak on to robił?


O. Lech Dorobczyński: Franciszek odpowiedziałby, że nie zrobił nic. Na łożu śmierci powiedział braciom: „Zaczynajmy od nowa, bo do tej pory jeszcze nic nie zrobiliśmy”. On faktycznie był prezentem Boga danym tamtym czasom. Rządziły się one swoimi prawami, a Franciszek stanął wobec nich w opozycji. Ale nie takiej jak inni reformatorzy, którzy pragnęli żyć ewangelicznie, jednak na pewnym etapie mówili papieżowi „do widzenia”. Franciszek żył bardzo mocno wewnątrz Kościoła. 


Dlaczego tak bardzo szanował zdanie Innocentego III, który na „dzień dobry” odesłał go do świń?


Bo mocno wierzył w Ducha Świętego działającego w Kościele. Mówił: „Choćbym spotkał najgorszego kapłana, chcę przed nim klęknąć i ucałować mu stopy. On sprowadza Jezusa na ziemię”. Widział przepych, grzech, małość Kościoła, ale jednocześnie czuł się ostatnim człowiekiem, który miałby prawo kogokolwiek krytykować. Dlaczego? Może dlatego, że miał poczucie grzechu. Bracia widywali go płaczącego nad swoimi grzechami. 


Czemu dorośli faceci poszli w ciemno za włóczęgą, który na dobrą sprawę niczego im nie zapewniał?


Bo widzieli jego relację z Ojcem. Na placu biskupim przed katedrą w Asyżu Franciszek rozebrał się do naga i oznajmił: „Do tej pory mówiłem »ojcze mój, Piotrze Bernardone«. Odtąd będę mówił: »Ojcze mój, który jesteś w niebie…«”. Jeśli nie patrzysz na to pod kątem wiary, myślisz, że masz do czynienia z jakimś obłąkaniem. Nie wiem, czy mieszkańcy Asyżu od razu załapali, o co Franciszkowi chodzi. Z pewnością wielu z nich myślało, że albo totalnie ześwirował, albo to jego kolejny kaprys, chęć zabłyśnięcia.

Zrozumieli to dopiero po jakimś czasie – kiedy wracał z miejsc odosobnionych, do których uciekał, by wejść jeszcze głębiej w relację z Ojcem. Wtedy poczuli, że mają do czynienia z „nowym” Franciszkiem. Pierwszym jego towarzyszem został Bernard Quintavalle – jeden z najbogatszych ludzi Asyżu, człowiek, który wrócił z krucjaty i niejedno widział. Zostawił wszystko i ruszył za Franciszkiem. Potem przyłączyli się inni, adwokaci, ludzie wykształceni, prawdziwa śmietanka. Gdy patrzymy na proroków, zazdrościmy im przede wszystkim relacji z Panem. Chcielibyśmy tak samo. Też tak blisko, tak mocno… To odpowiedź na pytanie o wielotysięczny tłum. Franciszek do 25. roku życia wiódł hulaszcze życie. Wielu nie chce uwierzyć, że Benedykt XVI nazwał go wprost „nawróconym playboyem”. (śmiech) Uwielbiam te jego precyzyjne nazywanie rzeczy po imieniu. I nagle „król asyskiej młodzieży” idzie do ruin kościoła św. Damiana i słyszy: „Odbuduj mój Kościół”. Zazwyczaj odczytujemy to przesłanie w dwóch aspektach: Kościół jako świątynia i jako wspólnota wiernych. Myślę (zrozumiałem to w San Damiano), że Franciszek mógł usłyszeć jeszcze jedno. Sam był ruiną, więc słowa Jezusa mógł odczytać jako wezwanie: „Chłopie, ogarnij się! Świątynia, którą ty jesteś, jest w rozsypce! Zrób generalny remont!”. Zrobił. Odbudował Kościół, zaczynając od siebie.


Zdarzało się, że czuł się odrzucony przez braci?


Jasne! To był prawdziwy dramat! Gdy napisał Regułę (ta pierwsza była właściwie jedynie zbiorem ewangelicznych cytatów), podeszła do niego delegacja braci, oznajmiając: „Piszesz to wyłącznie dla siebie, my nie będziemy tego zachowywać”. Patowa sytuacja. Franciszek wzdycha: „Jezu, mówiłem Ci, że tak będzie”. I wówczas (to tradycja, ale mocno pielęgnowana w zakonie) na drzewie objawia się sam Chrystus i mówi: „Nic, co jest w Regule, nie jest z ciebie, ale ze Mnie”. Bracia odchodzą zawstydzeni…


Nie tęskni Ojciec za takim objawieniem? Za Jezusem, który od czasu do czasu szepnie: zostań w tym domu, z tymi braćmi, bo to „wszystko jest ze Mnie”?


Nie umiałbym żyć gdzie indziej. „Kopać nie umiem, żebrać się wstydzę”. (śmiech) Franciszek mówił: „Pan dał mi braci”. To nie on sobie ich wybrał, ale dostał ich w prezencie. Czasem prezent nie jest łatwy. Znam siebie i wiem, że sam nie jestem najłatwiejszym prezentem dla moich braci. (śmiech) Pewna mądra siostra zakonna powiedziała mi: „Kiedy decydujesz się wstąpić do zakonu, musisz być przygotowany na przeżycie dwóch szoków. Pierwszy to ten, kiedy zauważasz, że twoi bracia nie są aniołami. Drugi, o wiele cięższy, kiedy dociera do ciebie, że sam nie jesteś aniołem”. Nie ma co szukać doskonałej wspólnoty, bo taka nie istnieje. Tak samo jest z Kościołem. Nie będzie idealny. Jeśli ten Kościół jeszcze nie rozsypał się w drobny mak, to tylko dlatego, że jest w nim Pan Bóg. Cudnie mówił o tym papież Franciszek: to święty Kościół grzeszników. Święty – bo jest w nim Bóg. Grzeszny – bo ja w nim jestem. Bywają czasem chwile, kiedy doskonale rozumiesz, dlaczego na początku formacji aż do bólu „ciśnie” się temat modlitwy, adoracji Najświętszego Sakramentu, bycia „sam na sam” z Panem Bogiem. Ostatecznie tylko ta relacja pozostanie… 


Bo ludzie zawsze zawiodą?


Nie. Nie zawsze. Nieraz po prostu nie będą mieli dla ciebie czasu. Często, gdy przeżywałem trudne chwile, słyszałem: „Spotkajmy się, ale nie teraz, innym razem, wybacz”. Szukałem ludzi, a ich nie było. To nie jest tak, że przestałem im ufać. Myślę po prostu, że Bóg zamykał te furtki po to, bym szedł prosto do Niego. I bardzo dobrze, że tak się działo.


Nieustannie pisze Ojciec o uwielbieniu. Jak uwielbiać, gdy wszystko idzie inaczej, niż zaplanowaliśmy? Czy Panu Bogu podoba się cedzenie przez zęby słów: „Uwielbiam Cię”?


Jemu w ogóle podoba się to, że się do Niego odzywamy. 


Dominikanin o. Adam Szustak opowiada, że Bóg jest onieśmielony, gdy słyszy wyznanie: „Kocham Cię”. Rzadko słyszy takie deklaracje...


Może dlatego, że wychodzimy z założenia, że On o tym wie, więc po co mamy Mu to powtarzać? A może faktycznie mamy o wiele więcej „ważniejszych” rzeczy do powiedzenia? Wyrzucamy z siebie prośbę za prośbą. Traktujemy Go jak automat, z którego wypada puszka coca-coli. Nie wydaje mi się, by był tym zachwycony…


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także