Nowy numer 43/2020 Archiwum

Gender i polityka

Na temat tego, jak ideologia gender zdobyła ważne miejsce w Europie, i dlaczego trzeba postawić jej tamę, z Konradem Szymańskim, posłem PiS do Parlamentu Europejskiego
rozmawia
Mariusz Majewski


Mariusz Majewski: Nawołuje Pan do „budowania muru obronnego, który uchroni polską rodzinę i instytucje wychowawcze, naszą kulturę przed genderową inżynierią społeczną”. Skąd ta bojowość?


Konrad Szymański: Chodzi o mur prawny i polityczny przed nawet pośrednim wpływem polityki i prawa Unii Europejskiej czy Rady Europy w obszarze rodziny i edukacji. Ideologia gender przestała być zwykłą ekstrawagancją uniwersytecką zza oceanu. Dzisiaj jest ona uzbrojona w instrumenty polityki. Zarówno krajowej, jak i międzynarodowej, w tym też unijnej czy nawet ONZ-owskiej. Do tego główny nurt europejskiej polityki mocno skręcił w lewo. Trudno patrzeć spokojnie na to, jak wykorzystywane jest zaufanie Polaków do UE w celu przeprowadzenia zasadniczego przemeblowania naszych tradycyjnych przekonań w zakresie rodziny, kultury czy wychowania. Zachodnia prawica często to lekceważy. 


Na czym ma polegać to przemeblowanie?


Niegdyś ekstremistyczny pomysł, by rozróżniać płeć biologiczną od kulturowej czy wyobrażonej staje się normą w Europie. Stąd bierze się przekonanie, że tradycyjne małżeństwo, opierające się przecież na pełnym uznaniu płci biologicznej, jest instytucją opresyjną. Jeśli nie można zmienić dorosłych małżonków, którzy są w tej koncepcji „ofiarami patriarchalnego małżeństwa”, trzeba „wyzwolić” chociaż ich dzieci. Stąd zainteresowanie tego ruchu instytucjami wychowawczymi. Rodzina, w jaką wierzymy, szczególnie świadoma swej natury i swoich praw, jest tu główną przeszkodą. Drugą ścieżką „wyzwolenia” z płci biologicznej jest oczywiście aborcja na żądanie. 


W jakie instrumenty polityczne uzbrojone jest dzisiaj gender?


Mamy ciągły nacisk w sprawie uznania tzw. prawa do małżeństwa dla par tej samej płci. Z jednej strony jest to nacisk polityczny, na przykład unijnej Agencji Praw Podstawowych. A z drugiej prawny – sądów międzynarodowych. Ich orzeczenia sprzyjają uznaniu chociaż cząstkowych konsekwencji zawierania takich związków w krajach europejskich. Zalecenia upowszechnienia aborcji można znaleźć w dokumentach Parlamentu Europejskiego, Rady Europy czy ONZ. 


Sam Pan często tłumaczy, że to niewiążące dokumenty tzw. miękkiego prawa międzynarodowego, które nie zmuszają do ich przyjęcia. Czy należy więc bić na alarm?


Fakt, że są to dokumenty tzw. miękkiego prawa międzynarodowego, niewiele zmienia. Presja istnieje i trzeba bić na alarm. Wystarczy przeanalizować programy Europejskiego Funduszu Społecznego (EFS). Jest on adresowany głównie do urzędów pracy i organizacji pozarządowych na cele społeczne. To główny instrument finansowy UE do wspierania zatrudnienia, wyrównania szans itp. Wiele europejskich programów społecznych i edukacyjnych ma w swojej konstrukcji wpisane elementy promocji tzw. równouprawnienia i tzw. walki z dyskryminacją. 


Równość i niedyskryminacja to chyba jeszcze nic złego?


Jestem zwolennikiem równości wobec prawa i niedyskryminacji. Jednak w języku i praktyce UE te sformułowania już dawno zostały zdefiniowane politycznie. W efekcie służą do zwalczania (często agresywnego) wszelkich tradycyjnych ról kobiety i mężczyzny w społeczeństwie. Na czele z macierzyństwem, obowiązkami rodzinnymi i prawem rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Równość w polityce europejskiej oznacza inżynierię społeczną. A trzeba mieć świadomość, że programy EFS realizowane w Polsce adresowane są nie tylko do powstających niczym grzyby po deszczu wydziałów gender na uniwersytetach, ale też do dzieci w wieku przedszkolnym.


Skąd przekonanie, że równość w języku UE to tak naprawdę inżynieria społeczna?


W dorobku Rady Europy dobrze oddaje to art. 12 Konwencji przeciwko przemocy wobec kobiet, który mówi wprost o „podjęciu koniecznych środków w celu promocji zmian w zachowaniach społecznych i kulturowych kobiet i mężczyzn w celu eliminacji uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz wszystkich pozostałych praktyk, które opierają się na idei podrzędności kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn”. Pojęcie stereotypu jest tu wygodnym i pojemnym pretekstem. Walka z dyskryminacją polega na tym, aby stworzyć wręcz obowiązek uznania związków jednopłciowych bez decyzji parlamentów. Niedyskryminacja to również wyjęcie spod prawa do krytyki środowisk LGBT i tym samym kneblowanie ust tym, którzy nie zgadzają się na homoseksualne roszczenia, uznając je za nieuprawnione i szkodliwe. To stanowi dzisiaj europejską rzeczywistość.


Co sprawiło, że ta europejska rzeczywistość jest tak skrajnie lewicowa?


Lewica narzuciła język w sprawie równości i niedyskryminacji. Chyba nie ma sprawy, która w oczach europejskiej lewicy nie wiązałaby się z kwestią dostępności aborcji. Widzi ją ona nawet w kontekście pomocy rozwojowej dla krajów Afryki, rynku pracy, służby zdrowia czy nawet zmian klimatycznych. Kiedy ostatnio odbyła się debata nad problemem aborcji selektywnej z uwagi na płeć (dotknęło to ok. 200 mln dziewczynek na świecie), euro-lewica znowu upomniała się o powszechność aborcji, zapominając, że ta powszechność aborcji jest głównym powodem koszmarnego zjawiska aborcji selektywnej płciowo. 


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama