GN 43/2020 Archiwum

Belfer to przeżytek?

Młodzież musi mieć mistrza, a szkoła, to nie fabryka testów, ale relacja między ludźmi, bynajmniej nie równymi sobie.

Szkoła może istnieć bez elektronicznych tablic, bez programów, nawet bez podręczników i szyldów na budynkach (jak już w historii Polski bywało). Ale nie ma szkoły bez nauczycieli. To mało oryginalne spostrzeżenie warto przypomnieć w 2013 roku. Coraz częściej bowiem – słuchając i czytając, co mówi się i pisze o szkole - można odnieść wrażenie, że belfer to przeżytek. Przecież nie jest tak biegły w korzystaniu z sieci jak jego uczniowie. Przecież jego wiedza nie ma się też co równać z profesorem Google. Jednym słowem – ten gość, a częściej pani, stojąca za środku klasy, to czysty anachronizm.

Słuchając różnych progresywnych ekspertów (na których głos chętnie ucha nadstawiają ministrowie Szumilas czy Boni) można odnieść wrażenie, że nauczyciel to najsłabsze dziś ogniwo w procesie dydaktycznym. I najdroższe. Może więc już czas ludzi chorujących na dyskopatię od ślęczenia nad zeszytami zastąpić twardym dyskiem i układem scalonym uzbrojonym w multimedia? Może czas zerwać z modelem szkoły pasującym bardziej do XIX niż XXI wieku?

Słuchając takich propozycji chciałoby się powtórzyć za poetą: innego końca świata nie będzie. Młodzież musi mieć mistrza, a szkoła, to nie fabryka testów, ale relacja między ludźmi, bynajmniej nie równymi sobie. Można oczywiście zakładać eksperymentalne, demokratyczne wspólnoty, bez klas, ocen i nadzoru. Ale nic dobrego z tego nie wyniknie.

Formalnie Dzień Nauczyciela został zniesiony w 1982 roku. To ponury żart historii, że właśnie w czasie obowiązywania stanu wojennego 14 października ogłoszono Dniem Edukacji Narodowej.  Oczywiście, każdy z nas miał różne doświadczenia z pedagogami, niektóre wręcz traumatyczne, ale z pewnością każdy jest też w stanie wskazać nauczyciela, który wpłynął na jego życiowe wybory. Który był jak drogowskaz, albo pochodnia. Tacy nauczyciele w PRL przechowali przedwojenny system wartości, chronili kulturę i dziedzictwo, a w III RP pomagali nie ulec wszechobecnemu relatywizmowi.

Dla nas, byłych i aktualnych uczniów, to zawsze będzie Dzień Nauczyciela. Liczba pojedyncza nie jest przypadkowa, bo nie uczy(ła) nas jakaś anonimowa zborowość. Nauczyciel zawsze ma konkretną twarz, nazwisko (a często przezwisko) i legendę. To zawsze jest barwna osobowość, z którą wiąże się niezły kawał naszego dorastania. Zmarły niedawno Edmund Niziurski potrafił w niezwykły sposób pokazać tę jedyną w swoim rodzaju relację, jaka wytwarza się między belfrem, który wymaga, a uczniem, który staje na głowie, by tych wymagań nie spełnić, ale przetrwać. Ta relacja zawsze ma swoje drugie dno, które nieraz odkrywamy dopiero po latach. Bo tam – gdzieś na zakamarkach - zazwyczaj kryją się rzeczy najbardziej wartościowe i trwałe, jakie wynosimy ze szkoły. One wciąż są w nas, gdy już nie jesteśmy w stanie rozwiązać prostego równania, gdy mieszają nam się dynastie i gdzieś ulatują treści wkuwanych na pamięć definicji. 

To dobry dzień, by przypomnieć sobie, komu je zawdzięczamy.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama