Nowy numer 48/2020 Archiwum

Poezja na głowie

Z piórami, wstążkami, kwiatami – mają swój urok i nutkę tajemniczości. Niestety, coraz ich mniej na co dzień na wrocławskich ulicach. Czy kapelusze, te prawdziwe, spod ręki mistrza, przetrwają w świecie McDonaldów, chińskich ubrań i plastiku?

Modystką była i moja babcia, i moja mama. Od dzieciństwa żyłam w świecie kapeluszy i… miałam ich serdecznie dość – wspomina Zofia Zając, przez długie lata prowadząca zakład modniarski przy ul. Pomorskiej we Wrocławiu. – Mama chciała, żebym kontynuowała rodzinną tradycję, zresztą tak naprawdę wiedziałam już sporo o pracy z kapeluszami, której przyglądałam się od małego. Stwierdziłam jednak, że modystką nie będę. Poszłam do jednej szkoły, do drugiej, zaczęłam pracę w Ossolineum, wśród książek. Było to zgodne z moim wykształceniem, ale okazało się zupełnie niezgodne z moim charakterem. Mama miała rację.

Rzeźby z rondkiem

Pani Zofia poszła na trzy lata do obcej modystki na naukę, zdała egzaminy czeladnicze, potem mistrzowskie. Pracowała przez pewien czas w Oleśnicy. Po kilku latach razem z mężem (który z czasem zdobył papiery mistrza modniarskiego) przenieśli się na ul. Pomorską we Wrocławiu, obejmując zakład prowadzony dotąd przez pewną starszą modystkę, kończącą już swoją pracę. W tym miejscu taki zakład modniarski zaczął działać tuż po wojnie. Młodzieńcze opory wobec kapeluszy znikły. – To mój konik, uwielbiam to robić – mówi dzisiaj pani Zofia. Na czym polega jej praca? Na początku ma do czynienia z surowcem w kształcie stożka, który może mieć różną wielkość. – Trzeba mu nadać apreturę (rodzaj usztywnienia), włożyć do gorącej wody i odpowiednio wymodelować na formie modniarskiej. Takie drewniane formy, odpowiednio konserwowane, mogą służyć długie lata – wyjaśnia. – Ten pierwszy etap pracy, przy formowaniu kapelusza, wymaga wyczucia i sporo fizycznej siły. Niektóre jej uczennice (a wypuściła ich ze swojego zakładu 24) narzekały na zbyt gorącą wodę, używały rękawiczek. Pani Zofia ich nie stosuje. Lubi czuć rękoma wykonywany kapelusz. Kiedy nabierze on już kształtu, przychodzi czas na twórcze wykończenie dzieła, otwiera się przestrzeń dla wyobraźni. W ruch idą pióra, kwiaty, koraliki, woalki, spiralki... Każda modystka ma jakieś swoje sekrety, triki, zwykle poszczególne kapelusze są niepowtarzalne. Osobną sprawą są tzw. fascynatory – przeróżne ozdoby na włosy. – Kwiaty do kapeluszy też ręcznie wykonuję – obecnie modne są takie abstrakcyjne, fantazyjne – tłumaczy i dodaje, że do robienia kwiatów ma specjalne przyrządy. Zainteresowaniem cieszą się kapelusze okazjonalne – na śluby, kapelusze wizytowe, koktajlowe, leciutkie toczki, które pani Zofia bardzo lubi robić. Są kapelusze codzienne, letnie – np. z rafii czy sizalu, plecione na mokro ze słomy ryżowej. Bardzo czasochłonne bywają męskie, np. ślubne cylindry, wymagające dużo apretury. Można ponadto przeprowadzać renowacje starych kapeluszy – po takich zabiegach wyglądają jak nowe.

Welony i wiatraczki

W swoim dorobku modystka ma przeróżne dzieła. Dla Wrocławskiego Teatru Pantomimy pod koniec ubiegłego roku wykonywała wielki kapelusz, który w obwodzie miał 2 m. Musiał być lekki, dobrze się trzymać na peruce noszonej przez aktorkę. Udało się. – Kiedyś przyjechał do naszego Teatru Polskiego grecki teatr. Do granej przez nich sztuki, zamówiono m.in. kapelusz, na którym była klatka, w niej ptaszek, na czubku zaś kręcący się wiatraczek – wspomina Z. Zając. – Pamiętam też pewną kreację ślubną z bogato zdobionym czepcem i 5-metrowym welonem. Pani Zofia spogląda na człowieka i już wie, jaki kapelusz by mu pasował – nawet obwód głowy w centymetrach widzi na oko. – Różne te głowy bywają. Płaskie, szerokie po bokach... Rozmaite – wyjaśnia. – Są tu pewne zasady. Niewysokiej kobiecie nie można zafundować ogromnego ronda, a znów jeśli ktoś nosi okulary, to dobrze, jeśli rondko jest podniesione do góry. Tłumaczy, że w Warszawie, Poznaniu, Krakowie tradycja noszenia kapeluszy jest żywsza niż na Dolnym Śląsku, nie wspominając o innych krajach – choćby Anglii, czy o tradycjach związanych z wyścigami konnymi. Czasem sprzyjającym kapeluszom był okres międzywojenny – pani Zofia mówi o pięknych nakryciach głowy widocznych na filmie „Lata dwudzieste... lata trzydzieste...” i o tym, jak to kiedyś starsze panie elegantki musiały koniecznie mieć kapelusz do kościoła. – Kapelusz do dobrego stroju to jest kropka nad i, daje szyk, elegancję – twierdzi pani Zofia. – Poza tym głowa nie lubi zimna, trzeba ją chronić. Zofia Zając wspomina czasy, gdy we Wrocławiu pracowały 54 modystki. Teraz ten zawód odchodzi w zapomnienie, choć… – Moda na kapelusze na pewno wróci – dodaje z przekonaniem.Zofia Zając prowadzi również warsztaty z modniarstwa. Kto interesuje się tematem kapeluszy, może się z nią kontaktować pod tel. 502 307 846.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama