Nowy numer 47/2020 Archiwum

Papiery na rodzicielstwo

Rodzina. W tym roku Archidiecezjalna Poradnia Adopcyjna – Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy obchodzi jubileusz 20-lecia. Dzięki tej instytucji prawie 900 dzieci znalazło już nowy dom, a ponad 1100 małżeństw skorzystało z kursów przygotowujących do przysposobienia dzieci.

Placówkę do istnienia powołał swoim dekretem kard. Henryk Gulbinowicz, ówczesny metropolita wrocławski, 2 stycznia 1993 r. Wnioskodawcą był ks. dr Stanisław Paszkowski, diecezjalny duszpasterz rodzin. – Taka była potrzeba. Zdarzało się coraz częściej, że przychodziły do mnie młode mamy w ciąży i stawiały sprawę na ostrzu noża. Mówiły, że urodzą dziecko tylko wtedy, gdy zapewnię mu rodzinę zastępczą. Ostrzegały, że jeśli tego nie zrobię, to one zdecydują się na aborcję – wspomina duchowny. Kobiety nie chciały się zgodzić, by ich dzieci trafiły do domów dziecka, a same, z różnych względów, nie mogły zapewnić im opieki.

Świadome dojrzewanie

Grzegorz i Monika po zawarciu sakramentu małżeństwa nie zdecydowali się od razu na starania o poczęcie dziecka. – Przeprowadzka i zmiana pracy jakoś temu nie sprzyjały. Nie chcieliśmy odkładać tej decyzji na dużo później, ale na jakiś czas na pewno. Wtedy myśleliśmy, że po prostu nam się uda – mówi Monika. Gdy para zdecydowała się na powiększenie rodziny, pojawiły się problemy. Po jednej z wizyt lekarskich okazało się, że wyniki badań nie są dobre. Diagnoza, która wkrótce się pojawiła, była ciosem. Okazało się, że młoda kobieta jest chora na endometriozę. – To był 2008 r. Wtedy lekarze jeszcze nie bardzo wiedzieli, jak mi pomóc. Jeździliśmy od gabinetu do gabinetu na prywatne wizyty i wszędzie nam mówiono, że wszystko wróci do normy, jak zajdę w ciążę. Problem w tym, że choroba była tak zaawansowana, że nie miałam na to szans – dodaje. Po jakimś czasie znalazł się lekarz, który uczciwie postawił sprawę i powiedział, że małżeństwo powinno szukać innej drogi. Zaznaczył, że rozwiązaniem sytuacji nie będzie in vitro, bo nie ma większych szans na poczęcie także tą metodą. Monika uważa, że miała szczęście. Jedna z jej dobrych koleżanek wraz z mężem skorzystała z pomocy archidiecezjalnego ośrodka adopcyjnego i doczekali się dziecka. – Uzmysłowiłam sobie, że to może być też szansa dla nas. Nigdy tego nie wykluczałam i byłam przekonana, że mogłabym przyjąć takie dziecko i uznać za swoje – tłumaczy. Zdecydowanie więcej wątpliwości miał Grzegorz. – Wiele razy na ten temat rozmawialiśmy. Barierą dla mnie była tylko jedna rzecz. Wtedy, gdy jeszcze walczyliśmy o własne potomstwo, bałem się, że jeśli adoptujemy dziecko, a potem urodzi się naturalnie drugie, to będę je rozgraniczał na „moje” i „obce” – wspomina. Ostatecznie para zdecydowała się na udział w szkoleniu i podjęcie wyzwania bycia rodziną adopcyjną. Monika i Grzegorz czekali na możliwość udziału w kursie pół roku. Kolejne trzy miesiące, raz w tygodniu, przyjeżdżali na kilkugodzinne warsztaty i spotkania. W czerwcu 2009 r. zostali ostatecznie zakwalifikowani jako rodzina gotowa do adopcji. Na telefon z informacją, że jest dla nich dziecko, czekali półtora roku. – Żona przeżywała ten czas bardzo mocno, ja też czekałem niecierpliwie, ale praca i inne zajęcia skutecznie odwracały moją uwagę. Wezwanie, że mam natychmiast przyjechać do domu, było trochę irytujące, ale gdy dowiedziałem się, że nadszedł właśnie ten moment, opadłem na fotel i nie wiedziałem, co mam powiedzieć – opowiada Grzegorz. Po dopełnieniu wszelkich procedur małżeństwo udało się do placówki opiekuńczej zobaczyć się z dzieckiem. – Już po tygodniu byliśmy gotowi, by zabrać naszą córkę do domu. Wszystko jednak trwało trochę dłużej ze względu na wymóg sądowego ustanowienia nas rodzicami – dodaje. Kilka miesięcy temu historia miała swoją niespodziewaną kontynuację. – Odebrałam telefon z ośrodka z informacją, że nasza córka ma... rodzeństwo. Pani dyrektor spytała, czy chcemy drugie dziecko również przyjąć do naszej rodziny. Nie było wątpliwości – mówi Monika. Podkreśla, że było to dla nich ogromne zaskoczenie, ale są szczęśliwi, że dziś mają dwoje cudownych dzieci.

Dziecięcy pakiet

Irena na długo przed ślubem z Andrzejem wiedziała, że nie będzie mogła mieć dzieci poczętych w naturalny sposób. – Poznaliśmy się na studiach. Gdy zaczęliśmy się spotykać, w zasadzie od razu powiedziałam o moich problemach Andrzejowi – mówi kobieta. Pobrali się w 2005 r., ale mimo stwierdzonej bezpłodności musieli, ze względów proceduralnych, wstrzymać się ze zgłoszeniem do ośrodka adopcyjnego. – Było to dla nas naturalne, że skoro nie możemy mieć biologicznych dzieci, to chcemy je adoptować – mówi Andrzej. W międzyczasie znalazło się wiele rzeczy do zrobienia i temat adopcji zszedł na dalszy plan. – Przyszliśmy do poradni dopiero w lipcu 2011 r. Trochę niemiłą niespodzianką była dla nas informacja, że kolejka na kursy jest tak długa, że musimy poczekać aż... do września kolejnego roku – dodaje Irena. Sytuacja była jednak bardzo dynamiczna. Wskutek różnych zawirowań okazało się, że zwolniło się miejsce na wiosenną edycję szkolenia. – Śmiejemy się, że w trzy miesiące uzyskaliśmy pisemne zaświadczenie o odbyciu profesjonalnego przygotowania do roli rodziców. Niewiele par może się czymś takim pochwalić – mówi. W połowie 2012 r. małżeństwo zostało zakwalifikowane do kolejki oczekujących na adopcję. – Byliśmy przygotowani nawet na dwa lata czekania, dlatego zaskoczył nas telefon w naszej sprawie już w połowie grudnia – opowiada kobieta. Do tego momentu starali się żyć swoim dotychczasowym rytmem, bez zbędnych emocji. Dla Ireny ten czas miał duże znaczenie. Podkreśla, że ich przyszłe dziecko nosiła już wtedy w sercu. – Ono było obecne w mojej wyobraźni. Nie miało twarzy i płci, ale już je kochałam – mówi ze wzruszeniem. Podkreśla przy tym, że najgorsza dla niej była świadomość, że w tym momencie jest mu źle – albo żyje w rodzinie, która nie zapewnia mu odpowiedniej opieki, albo przebywa w domu dziecka, gdzie ma wszystko, co potrzebne do życia, ale brakuje mu rodzicielskiej miłości. Po telefonie z ośrodka Irena z Andrzejem musieli w zawrotnym tempie pomalować mieszkanie i kupić wszystkie niezbędne dziecku rzeczy. Formalności w sądzie udało się załatwić błyskawicznie, jednak ze względu na przerwę świąteczno-noworoczną urzędowa decyzja o możliwości zabrania córki do domu zapadła miesiąc po pierwszym kontakcie. – Od razu wiedzieliśmy, że decydujemy się na „transakcję wiązaną”. Zosia ma starszego brata, którego sytuacja prawna była w tamtym momencie nieuregulowana. Trochę to trwało, ale pod koniec czerwca, ku naszej ogromnej radości, okazało się, że nasza rodzina ponownie się powiększy i Kacper już wkrótce zamieszka razem z nami – opowiada Andrzej. Tak, w zaledwie pół roku, i oni zostali podwójnymi rodzicami.• Dla potrzeb artykułu zmienione zostały imiona rodziców i dzieci.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama