Nowy numer 49/2020 Archiwum

Amputowana tożsamość

Dla wszystkich Kresowiaków najważniejszym doświadczeniem był w czasach PRL ból pamięci i milczenia

Doskonale pamiętam swój pierwszy kontakt z nauczaniem historii w chorzowskiej, skądinąd bardzo dobrej szkole podstawowej. Wróciłam do domu i zapytałam swoją śp. Mamę, dlaczego „oni tutaj nie wiedzą”, że wojna zaczęła się od niemiecko-sowieckiej agresji, a okupacja dzieliła się na trzy okresy, pierwszych Sowietów, Niemców i drugich Sowietów. Mama zareagowała szybko i zdecydowanie – po krótkim wyjaśnieniu stanowczo zaleciła milczenie. Dla wszystkich Kresowiaków „z urodzenia i z korzeni” wspólnym i najważniejszym doświadczeniem był w czasach PRL ból pamięci i milczenia. Oraz bezsilność wobec kłamstwa wpisanego w dowód osobisty „urodzony w ZSRR” i określenie „repatriant”. Ale istotą kresowej tożsamości była pamięć o sowieckich i ukraińskich zbrodniach, których symbolem są dzisiaj Katyń i Wołyń. Kresowiacy czuli się odpowiedzialni za przechowanie i przekazanie prawdy o zbrodniach sowieckich, o Katyniu, łagrach i wielu mordach popełnionych na kresach pod sowiecką okupacją. W ich pamięci tkwiły także bolesne doświadczenia zbrodni ukraińskich.

 

Pamiętano je milcząc, rzadko rozmawiając nawet w najbliższym gronie. Ta zbrodnia bolała szczególnie – jej sprawcami stali się bowiem sąsiedzi, którym ufano. W opowieściach mojej rodziny jest historia o dwu egzaminach, które śp. Mama zdawała jesienią 1939 r. na Politechnikę Lwowska, gdy w ramach normalizacji Sowieci otworzyli lwowskie uczelnie. Pierwszy, po ukraińsku, pomagając przyjaciółce Ukraince, a drugi, po polsku – „za siebie”. Może nieładnie oszukiwać, nawet w imię przyjaźni polsko-ukraińskiej, ale ważniejsza jest puenta, czyli otrzymane przez mamę stopnie: „bardzo dobry” za egzamin zdawany po ukraińsku i „dobry” za ten zdawany po polsku. A przecież języka ukraińskiego uczono ją tylko dodatkowo w polskim gimnazjum w Samborze. Ojciec, działacz studenckiego Bratniaka, tylko dzięki ostrzeżeniu ukraińskiego portiera nie stawił się w październiku 1939 r. na spotkaniu z sowieckimi władzami i tym samym uniknął śmierci Z. Popławski, Semper Fidelis 1991/4].

Po kilku latach, na lwowskiej ulicy przed śmiercią z rąk innego Ukraińca uratował go niemiecki oficer. Kresy to miejsce, gdzie polskość była poddana szczególnym próbom. Czy ma dzisiaj znaczenie, jak nazwiemy zbrodnie lat 1943–1945 roku, popełnione na Wołyniu i we wschodniej Małopolsce? Czy ok. 130 tys. Polaków i ponad 10 tys. Ukraińców zginęło w „wydarzeniach”, czy w czystce etnicznej? Są ofiarami wojny polsko-ukraińskiej, czy „zbrodni o znamionach ludobójstwa”? Hasła, cele i druki OUN i UPA oraz szydercze, okrutne słowa, które padały w trakcie mordowania naszych rodaków, nie pozostawiają wątpliwości. Celem ukraińskich nacjonalistów była eliminacja Polaków, starców, dzieci, kobiet i mężczyzn. Ziemie uznane za „własne” czyszczono z „obcych”. Mordowano tak, by wywołać strach tych, którzy przeżyli, by nie przyszło im do głowy kiedykolwiek powrócić. Polskie wsie poznikały z powierzchni ziemi. Cele zbrodni zostały osiągnięte.

Czy nazwanie jej ludobójstwem przeszkodzi czy pomoże w pokonaniu przepaści między Polakami i Ukraińcami? Minione 70 lat milczenia nie zagoiło żadnej rany i niczego nie rozwiązało. Czas więc pokonać strach i nazwać zbrodnię jej prawdziwym imieniem: ludobójstwo. To pomoże odrzucić ją jako zawsze (!) niedopuszczalną, niezależnie od okoliczności. Dopiero wtedy budowanie własnej, narodowej oraz wspólnej – chrześcijańskiej – tożsamości będzie możliwe. Zbrodniarzy zastąpią bohaterowie, którzy pomagali ofiarom, a nie mordercom, i którzy mimo straszliwej presji odrzucili fanatyczny nacjonalizm. W dokumentacji Instytutu Pamięci Narodowej znane jest 1300 nazwisk Ukraińców pomagających Polakom. Kilkuset straciło życie, broniąc polskich sąsiadów. Dla Kresowiaków prawda o ludobójstwie też jest ważna, bo pomaga opanować ból i znaleźć siły do pojednania w chrześcijańskim geście przebaczenia. Repatrianci staną się tym, kim zawsze byli – wypędzonymi z ojczyzny Polakami.

A sprawcy zbrodni – z „Ukraińców” staną się konkretnymi przywódcami politycznych ugrupowań, odpowiedzialnymi za zbrodnie, które dzisiaj osądza Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. W 70. rocznicę wołyńskiej zbrodni Kresowiacy usłyszeli słowa zasłużonych podziękowań za pamięć i cierpliwą, wytrwałą walkę o prawdę. To za mało. Amputowane w czasach PRL i wciąż nieobecne w polskiej tożsamości losy Kresowiaków domagają się ważnego miejsca w naszej narodowej wspólnocie. „Wypędzeni” Polacy mają prawo do wpisania swoich doświadczeń, wartości i interesów do współczesnej świadomości Polaków, tak jak niemieccy „wypędzeni” uczynili to we współczesnych Niemczech. Muzea Prus Wschodnich i Zachodnich są w Münster, Monachium, Lüneburgu, Ellingen, Greifswaldzie i innych niemieckich miastach. Muzea kresowe – pełne uroku i niewielkie – w Lubaczowie i Kuklówce Radziejowickiej. Niemcy budują Centrum Dokumentacji Wypędzeń, a Kresowiacy w lutym 2010 r. bezskutecznie apelowali o Muzeum Kresów Rzeczypospolitej.

Nie Ministerstwo Edukacji Narodowej, lecz IPN przeprowadził konkurs na scenariusze lekcji poświęconych zbrodni wołyńskiej. Nic dziwnego, że w sondażu CBOS z czerwca 2013 r. aż 47 proc. Polaków deklaruje, że o Wołyniu nie wie nic, a tylko 30 proc. zna sprawców i ofiary tej zbrodni. O Wołyniu „wiele” słyszało 28 proc. Polaków, ale tylko 11 proc. najmłodszych, do 24. roku życia. Wiemy więcej niż 5 lat temu, ale amputowana tożsamość kresowa wciąż domaga się powrotu do ojczyzny.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama