Nowy numer 49/2020 Archiwum

Pożegnanie z tablicą

W ciągu dwóch ostatnich lat pracę straciło ponad 20 tys. nauczycieli. To wyzwanie nie tylko dla nich, ale i dla państwa.

Według szacunków Związku Nauczycielstwa Polskiego, latem w całym kraju zwolnionych może zostać między 8 a 10 tys. pedagogów. Dokładne dane będą znane we wrześniu, gdy rozpocznie się nowy rok szkolny. W poprzednim roku pracę straciło 13,5 tys. nauczycieli, z czego blisko połowa w szkołach ponadgimnazjalnych. To już oficjalne dane GUS. Nie ma w Polsce grupy zawodowej, której dotyczyłyby tak duże redukcje. W dodatku chodzi o ludzi z wyższym wykształceniem, często stanowiących lokalną elitę. Dlatego mamy do czynienia nie tylko z osobistymi dramatami, ale poważnym problemem społecznym.

Będzie tylko gorzej

Zwolnienia są nieuniknione. Na demografię nie ma rady. W ciągu ostatnich 7 lat liczba uczniów w polskich szkołach zmalała o 1,521 mln (wg MEN). Ten proces będzie postępował: w szkołach podstawowych do 2016, a w średnich nawet do 2024 roku. Jedyne miejsce, gdzie dzieci – i miejsc pracy dla nauczycieli – przybywa, to przedszkola. W 2012 r. zatrudnienie wzrosło tam o 3 tys. etatów. Ale i to jedynie chwilowa „górka”, która w szkołach pojawi się pod koniec dekady i tylko na kilka lat. Potem będzie już tylko gorzej. W dającej się przewidzieć perspektywie nie ma mowy o utrzymaniu dotychczasowego poziomu zatrudnienia w szkołach, zwłaszcza że rządowe subwencje nie pokrywają gminom kosztów wynagrodzeń nauczycieli, a wydatki na oświatę stanowią już ponad 50 proc. budżetów. Pytanie nie brzmi zatem: czy zwalniać, ale jak pomóc zwalnianym. Albo inaczej: jak nie zmarnować tego kapitału, jakim są polscy nauczyciele. Ludzie, którzy wybrali ten zawód i zasmakowali w nim (w 80 proc. są to kobiety), muszą mieć jednak w zanadrzu inny scenariusz. Jak się okazuje, jest z tym ogromny problem.

Zawód na całe życie?

– Nauczyciele to bardzo trudna grupa, jeśli chodzi o szukanie nowej pracy, głównie ze względu na silne wewnętrzne przekonanie, że jest to zawód na całe życie – ocenia Andrzej Martynuska, dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Krakowie. Potwierdza to badanie Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej dotyczące losów zwalnianych pedagogów.

Pierwsze tego typu w Polsce. Objęło ono 60 gmin z powiatów, w których w ubiegłym roku doszło do największych redukcji. To głównie „ściana wschodnia” i Pomorze Zachodnie oraz województwa: świętokrzyskie, małopolskie, opolskie i lubuskie. Wszędzie utrata pracy dotyczy przede wszystkim „przedmiotowców”, głównie wuefistów, nauczycieli biologii i przyrody oraz języków obcych (zwłaszcza w woj. podlaskim i świętokrzyskim). Większość ze zwalnianych z powodu braku godzin występuje o przeniesienie „w stan nieczynny”. W praktyce oznacza to jeszcze pół roku pensji pod warunkiem niepodejmowania innej pracy. I (tylko teoretycznie) pierwszeństwo, gdyby oferta w szkole się pojawiła. Masowym zjawiskiem jest też przechodzenie na mniejszy wymiar godzin, by utrzymać pracę. W tym roku w tej sytuacji znajdzie się prawdopodobnie ok. 20 tys. pedagogów.

Jeden drugiemu kawałek etatu

Często „zejście z etatu” odbywa się na zasadzie gestu solidarności wewnątrz pokoju nauczycielskiego: jedni odstępują część swoich godzin drugim, by ratować ich przed zwolnieniem. Ale nie zawsze zgadza się na to dyrekcja. W krakowskiej Szkole Podstawowej nr 85 doszło nawet na tym tle do protestu głodowego. Trzy nauczycielki przez ostatni tydzień zajęć szkolnych piły tylko wodę, by wymóc na dyrektorce zgodę na oddanie części swoich godzin dwóm zwalnianym koleżankom. Teraz w ich walkę włączyli się rodzice. Na razie bez efektu. Beata Gielec właśnie straciła pracę w gimnazjum. Przepracowała w szkole 18 lat, ucząc polskiego i niemieckiego. Jest ekspertem w komisjach dotyczących awansu zawodowego.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama