Nowy numer 2/2021 Archiwum

Kazania na poziomie

Temat budzi emocje. To dobrze, bo to znaczy, że oczekujemy z ambony solidnej duchowej strawy. Czy kazania poruszają serca i odpowiadają na nasze wątpliwości w wierze? To dobre pytanie, o ile pytamy również siebie: czy potrafimy jeszcze słuchać?

Sądzę, że część kłopotów z kazaniami bierze się stąd, że w Kościele w Polsce brakuje wizji lub programu formacji do dojrzałej wiary ludzi dorosłych. Taką wizję dostrzegam jedynie w ruchach kościelnych, ale ich doświadczenie wciąż w zbyt małym stopniu przekłada się na życie parafialne. Nieraz po udanej ewangelizacji w parafii czy w innym miejscu ludzie pytają, co dalej, gdzie można podtrzymać zapalony ogień. I zaczynają się schody. Parafie nie oferują często ani wspólnot, ani spotkań, dzięki którym można by dojrzewać w wierze. W takiej sytuacji niedzielne kazania pozostają jedynym „kanałem formacyjnym” dorosłych. Stąd tak wielkie wobec nich oczekiwania i spora ilość rozczarowań. W tym sensie zgadzam się z Andrzejem Wituszyńskim, że homilie muszą pełnić w jakimś stopniu rolę katechezy dla dorosłych. Pytanie, czy taka jest ich rola. Słabość naszych kazań wynika w dużej części z niedostatków komunikacji między księżmi a wiernymi. Ta teza pojawia się w listach. Jest w tym sporo racji. Aby dobrze mówić, trzeba wcześniej dobrze słuchać. Owszem, najpierw Boga, ale także ludzi. To pierwsze jest najważniejsze, ale to drugie również niezbędne. Pokorne słuchanie człowieka pozwala poznać adresata kazania. Słuchanie w konfesjonale, w kancelarii, podczas rozmów duchowych, ale także i tych zwyczajnych w czasie spotkań z przyjaciółmi czy w zwykłych życiowych sytuacjach. Z tym my, duchowni, mamy chyba jakiś problem. W szerszym sensie słuchaniem człowieka jest także czytanie gazet, również (a może głównie) świeckich. A nawet oglądanie popularnych polskich seriali, w których odbija się jakoś proza życia. Media są dziś amboną o wiele potężniejszą niż ta w kościele. Kapłan, czy chce, czy nie, mówi do ludzi uformowanych przez kulturę medialną, w której dominują obrazy działające bardziej na emocje niż rozum. Kultura słowa na naszych oczach obumiera, przekaz słowny redukuje się do esemesów. Ksiądz musi znaleźć język, który będzie ciekawy i zrozumiały dla odbiorców, który nawiązuje do wątków, symboli, postaci obecnych w medialnym świecie. Nie chodzi o narzekanie czy połajankę, ale o sztukę rozeznawania, czyli wartościowania wszystkiego z pomocą Ewangelii. Zło trzeba nazwać po imieniu. Ale jednocześnie pokazywać dobro, które jest z natury bardziej skromne, bezbronne, kruche, i dlatego mniej medialne. Uwagi naszych czytelników o kazaniach można z grubsza podzielić na te, które skupiają się na tym, „co” mówić, i te, które koncentrują się na tym, „jak” mówić. Jakie treści powinny się pojawiać na ambonie? Przede wszystkim życiowy komentarz do odczytanego słowa Bożego, ale również ewangelizacja, wyjaśnianie wątpliwości w wierze, uwzględnienie potrzeb słuchaczy, przypomnienie zasad moralnych, argumenty za wiarą… W jaki sposób głosić? Ciekawie, z uczuciem, z pasją, z humorem, z elementem świadectwa, obrazowo, z przykładami, krótko, przekonująco, bez banałów, głęboko, ale językiem wolnym od sztuczności… Listę postulatów pod adresem kaznodziejów można ciągnąć długo. Żaden człowiek nie jest w stanie sprostać tym wszystkim życzeniom. Nie neguję tych wymagań, ale chcę zwrócić uwagę, że problem sięga głębszego poziomu.

Zgoda na pośrednictwo

Kaznodzieja na ambonie ma stać się „głosem Boga”, mimo że sam jest tylko grzesznym człowiekiem, mniej lub bardziej wykształconym, mniej lub bardziej wierzącym, inteligentnym czy elokwentnym. Sprawa sięga istoty Kościoła i kapłaństwa, którą można wyrazić jednym słowem: „pośrednictwo”.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama