Kazania na poziomie

ks. Tomasz Jaklewicz

|

GN 29/2013

publikacja 18.07.2013 00:15

Temat budzi emocje. To dobrze, bo to znaczy, że oczekujemy z ambony solidnej duchowej strawy. Czy kazania poruszają serca i odpowiadają na nasze wątpliwości w wierze? To dobre pytanie, o ile pytamy również siebie: czy potrafimy jeszcze słuchać?

Kazania na poziomie józef wolny /gn

Wracam do tematu, który wywołał artykuł „Krytycznie o ambonie” (GN 23/2013). Autor, Andrzej Wituszyński (ekonomista, emerytowany nauczyciel), przesłał go do redakcji. Jego zasadnicza teza dotyczyła faktu, że kazania w naszych kościołach rozmijają się z oczekiwaniami słuchaczy. Są nudne, brakuje w nich wielu istotnych tematów, nie odpowiadają na wątpliwości w wierze, nie pomagają wierzyć. Uznaliśmy ten krytyczny głos za ważny i zdecydowaliśmy o jego publikacji. Napłynęło sporo listów. Reakcje czytelników świadczą o tym, że ten tekst dotknął bolącego miejsca w polskim Kościele. Opublikowaliśmy do tej pory tylko list bp. Wiesława Meringa (GN 24/2013), który dziękował za „płomień, który jarzy się w tekście” i zasadniczo zgadzał się z opiniami autora.

Czekamy na jasny przekaz

Pytałem autora wspomnianego artykułu, co skłoniło go do zabrania głosu. Pozwolę sobie zacytować odpowiedź, ponieważ ustawia ona problem we właściwy sposób: „Tekst jest między innymi pokłosiem mojej – chyba już czterdziestoletniej – listownej polemiki z przyjacielem, który odszedł z Kościoła właśnie z powodu wątpliwości, na które nie uzyskał odpowiedzi. I od 40 lat szuka poza Kościołem. Szuka bardzo intensywnie. Moim celem było zapobieganie podobnym sytuacjom. Nie chodzi o to, czy ten lub inny ksiądz wygłosił lepsze lub gorsze kazanie, ale czy mówił o rzeczach istotnych, czy umocnił wiarę, czy poszerzył u wiernych rozumienie tego, w co wierzą, czy nadał sens temu, że idą tą, a nie inną drogą”. No właśnie. Nie chodzi o dokładanie księżom. Sam głoszę kazania, więc kręcę trochę bicz na swoją głowę, ale stawka jest wysoka, bo chodzi ostatecznie o zbawienie. Kaznodzieja musi zadrżeć, jeśli na serio zada sobie pytanie: „Czy zdobędę kogoś dla Chrystusa, czy przypadkiem kogoś nie stracę?”. Warto widzieć problem w takiej perspektywie. Autorzy listów generalnie podzielali krytyczną ocenę kazań. Jacek Świtacz: „Artykuł dotyka problemu, który z bólem obserwuję od lat. Jako wierny w pełni identyfikuję się z diagnozą odbioru kazań przedstawioną w tym tekście. (…) Wizjoner odnowy posoborowej Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki kładł nacisk na Słowo Boże jako fundament formacji Nowego Człowieka, czyli dojrzałego i świadomego chrześcijanina. Pismo Święte wymaga rzetelnego objaśnienia głębi swoich treści oraz aktualizowania ich do specyfiki czasów i danej społeczności.

Sakramenty – największy skarb Kościoła katolickiego – bez tego fundamentu stają się pobożną rutyną, elementem tradycji i obyczajowości, a z czasem uciążliwym obowiązkiem realizowanym z lęku przed karą Bożą lub naciskiem społecznym. Mam świadomość, że nie każdy kapłan jest urodzonym kaznodzieją i nie od każdego można wymagać płomienności głoszonego słowa. Wydaje mi się jednak, że każdy, kto codziennie rozważa Słowo Boże, ma swoje osobiste jego doświadczenie. Podzielenie się takim subiektywnym odczytaniem i przeżyciem Słowa, które w przypadku kapłana oparte jest na solidnym fundamencie nauki Kościoła, może być skutecznym sposobem zainteresowania słuchaczy i pozostawienia śladu w ich sercach”. Katarzyna Koj: „Jestem mieszkanką średniej wielkości miejskiej parafii i niejednokrotnie z utęsknieniem czekam na jasny, jednoznaczny przekaz na tematy moralne lub wiary ze strony księży. Najczęściej bez rezultatu. Mam wrażanie, że księża boją się jasno i zdecydowanie zabierać głos na tematy ważne, chyba w imię tego, że nikt nie lubi być pouczany. A wierni czekają, bo chcą choćby potwierdzenia, że idą właściwą drogą wiary, a nie swoimi bezdrożami. To prawda, że duchowni stoją daleko od swoich wiernych. Porozmawiać z księdzem to prawie cud. Księża, przypuszczam, obawiają się kontaktów ze swoimi »owieczkami« niejednokrotnie niebezpodstawnie, bo usłyszą paskudne rzeczy i mnóstwo krytyki, stąd traktują nas, szaraków, jak potencjalnych napastników i wrogów. Szkoda, bo daleka jestem od takiej postawy. Generalnie nie rozumiemy się i nie znamy wzajemnych oczekiwań. Daj Boże, żeby się to zmieniło”.

Radek Halicki: „Skoro jednym z powodów »słabości« kazań jest brak odpowiedzi na pytania, które parafian nurtują, może warto umożliwić ludziom anonimowe zadawanie pytań kapłanom? Może w ramach Roku Wiary zorganizować ogólnopolską akcję, która by polegała na zbieraniu przez wakacje ankiet z pytaniem: »Co cię najbardziej nurtuje w wierze lub czego najbardziej nie rozumiesz w nauczaniu Kościoła?«. Parafianie przez całe wakacje mieliby szansę na wypełnienie ankiet, a po wakacjach kapłani na ich podstawie mogliby budować kazania, albo chociażby wplatać w nie odpowiedzi na te pytania. Taka akcja ma szansę na poprawienie więzi między ludźmi w parafii a kapłanem. Jest szansa, że część osób pogłębi swoją wiarę, a kapłani będą w stanie zdiagnozować problemy”.

A co ze słuchaczami?

Pojawiały się także inne głosy. „Z wywodami autora artykułu trudno się zgodzić! – napisali Halina i Józef Mikrutowie. – Obydwoje co niedziela jesteśmy na Mszy świętej z kazaniem. Zawsze jesteśmy zadowoleni, a nawet zachwyceni tym, co i jak głoszone jest z ambony. Oczywiście, nikt nie jest w stanie za każdym razem prezentować perełki, ale zawsze są to kazania pełne pasji i nie mamy żadnej wątpliwości, że ksiądz absolutnie wierzy w to, co głosi; kazania, które poruszają nas do głębi, często do łez – gdyż w tym, co słyszymy, najczęściej widzimy swoje problemy, własne niedostatki, grzechy... Księża, postawieni do tej służby przez Pana – to nadal tylko ludzie. Nie można więc oczekiwać czy żądać, by wszyscy i w każdej homilii błyszczeli elokwencją, by owoce ich homilii przekonały największych nawet sceptyków. Dlaczego więc tak często ludzie oceniają kazania jako nudne, byle jakie? Bo takie są czasy, taka moda! Bo »nowoczesna« Europa głosi ludziom wolność, wyzwolenie… Bo nauka Chrystusowa oznacza dostosowanie się do pewnych reguł, które ograniczają tę właśnie »wolność«. Bo prawdziwy Europejczyk postanowił sam sobie być Bogiem. Niedawno zaproponowaliśmy jednej z bliskich osób rozmowę na temat »Czy Bóg jest, czy Go po prostu nie ma«, ale odpowiedź była krótka: »Nie interesuje mnie to«”. Ktoś zwraca uwagę, że ambona niekoniecznie powinna być miejscem prowadzenia edukacji religijnej. Bo „pierwszym jej zastosowaniem powinno być głoszenie Słowa Bożego. (…) Dlatego prawdy takie jak »Bóg Cię kocha« czy »Chrystus umarł za Ciebie« są dla nas, chrześcijan, zasadnicze. Nie sądzę, żeby zapadły one już dostatecznie głęboko w serca wiernych w naszym kraju. (…) Czas homilii jest czasem wyjątkowym, dopiero co zostało wygłoszone Słowo Boże. Kapłan może teraz zrobić coś, żeby to Słowo pozostało w umysłach wiernych, żeby w nich »się tłukło«. Odwrócenie uwagi słuchaczy w stronę kwestii społecznych, moralnych może być nawet w niektórych wypadkach przejawem niewiary, gdyby głoszący spodziewał się większej skuteczności słowa ludzkiego niż Bożego” (Marcin Bazyluk). I jeden głos zza ambony. O. Andrzej Trzęsicki OFM pisze: „Nie podważając spostrzeżeń autora, chciałbym zaapelować o ukazanie problemu z drugiej strony. Chodzi o to, by skierować pewne myśli, postulaty, pod adresem słuchaczy”.

Kryzys przepowiadania?

Czy można mówić o kryzysie przepowiadania? Aby udowodnić taką tezę, należałoby przeprowadzić solidne badania. Wciąż słyszę w mediach, że księża politykują na ambonie, ale z ręką na sercu, ja sam nie słyszałem od kilkudziesięciu lat politycznego kazania, a słucham ich sporo. Więc byłbym ostrożny z uogólnieniami.

Sądzę, że część kłopotów z kazaniami bierze się stąd, że w Kościele w Polsce brakuje wizji lub programu formacji do dojrzałej wiary ludzi dorosłych. Taką wizję dostrzegam jedynie w ruchach kościelnych, ale ich doświadczenie wciąż w zbyt małym stopniu przekłada się na życie parafialne. Nieraz po udanej ewangelizacji w parafii czy w innym miejscu ludzie pytają, co dalej, gdzie można podtrzymać zapalony ogień. I zaczynają się schody. Parafie nie oferują często ani wspólnot, ani spotkań, dzięki którym można by dojrzewać w wierze. W takiej sytuacji niedzielne kazania pozostają jedynym „kanałem formacyjnym” dorosłych. Stąd tak wielkie wobec nich oczekiwania i spora ilość rozczarowań. W tym sensie zgadzam się z Andrzejem Wituszyńskim, że homilie muszą pełnić w jakimś stopniu rolę katechezy dla dorosłych. Pytanie, czy taka jest ich rola. Słabość naszych kazań wynika w dużej części z niedostatków komunikacji między księżmi a wiernymi. Ta teza pojawia się w listach. Jest w tym sporo racji. Aby dobrze mówić, trzeba wcześniej dobrze słuchać. Owszem, najpierw Boga, ale także ludzi. To pierwsze jest najważniejsze, ale to drugie również niezbędne. Pokorne słuchanie człowieka pozwala poznać adresata kazania. Słuchanie w konfesjonale, w kancelarii, podczas rozmów duchowych, ale także i tych zwyczajnych w czasie spotkań z przyjaciółmi czy w zwykłych życiowych sytuacjach. Z tym my, duchowni, mamy chyba jakiś problem. W szerszym sensie słuchaniem człowieka jest także czytanie gazet, również (a może głównie) świeckich. A nawet oglądanie popularnych polskich seriali, w których odbija się jakoś proza życia. Media są dziś amboną o wiele potężniejszą niż ta w kościele. Kapłan, czy chce, czy nie, mówi do ludzi uformowanych przez kulturę medialną, w której dominują obrazy działające bardziej na emocje niż rozum. Kultura słowa na naszych oczach obumiera, przekaz słowny redukuje się do esemesów. Ksiądz musi znaleźć język, który będzie ciekawy i zrozumiały dla odbiorców, który nawiązuje do wątków, symboli, postaci obecnych w medialnym świecie. Nie chodzi o narzekanie czy połajankę, ale o sztukę rozeznawania, czyli wartościowania wszystkiego z pomocą Ewangelii. Zło trzeba nazwać po imieniu. Ale jednocześnie pokazywać dobro, które jest z natury bardziej skromne, bezbronne, kruche, i dlatego mniej medialne. Uwagi naszych czytelników o kazaniach można z grubsza podzielić na te, które skupiają się na tym, „co” mówić, i te, które koncentrują się na tym, „jak” mówić. Jakie treści powinny się pojawiać na ambonie? Przede wszystkim życiowy komentarz do odczytanego słowa Bożego, ale również ewangelizacja, wyjaśnianie wątpliwości w wierze, uwzględnienie potrzeb słuchaczy, przypomnienie zasad moralnych, argumenty za wiarą… W jaki sposób głosić? Ciekawie, z uczuciem, z pasją, z humorem, z elementem świadectwa, obrazowo, z przykładami, krótko, przekonująco, bez banałów, głęboko, ale językiem wolnym od sztuczności… Listę postulatów pod adresem kaznodziejów można ciągnąć długo. Żaden człowiek nie jest w stanie sprostać tym wszystkim życzeniom. Nie neguję tych wymagań, ale chcę zwrócić uwagę, że problem sięga głębszego poziomu.

Zgoda na pośrednictwo

Kaznodzieja na ambonie ma stać się „głosem Boga”, mimo że sam jest tylko grzesznym człowiekiem, mniej lub bardziej wykształconym, mniej lub bardziej wierzącym, inteligentnym czy elokwentnym. Sprawa sięga istoty Kościoła i kapłaństwa, którą można wyrazić jednym słowem: „pośrednictwo”.

Cnotą najbardziej potrzebną po obu stronach ambony jest pokora. Pokora kaznodziei wymaga tego, by dając swoje nieczyste usta do dyspozycji Bogu, nie uznał przypadkiem, że sam Nim jest. Ta sama pokora powinna także chronić księdza przed zbyt „ludzkimi” kazaniami, które zabiegałyby o popularność kosztem obniżenia wymagań Ewangelii. Miłość bez prawdy nie jest miłością. Prawda podawana bez miłości będzie prowadzić do jej odrzucenia. Z kolei pokora słuchacza wymaga zgody na pośrednictwo księdza (a szerzej Kościoła), które z natury rzeczy jest niedoskonałe. Pokora słuchacza oznacza cierpliwe znoszenie także słabego kazania i szukanie w nim tego, co Bóg mi chce powiedzieć. Przy czym tym ostatnim zdaniem żaden kaznodzieja nie może usprawiedliwiać swojego niedbalstwa. Ale słuchacz z kolei musi zgodzić się z tym, że nie zawsze będzie do niego przemawiał Piotr Skarga czy Jan Paweł II. Na koniec dwa spostrzeżenia. Pierwsze dotyczy głosicieli, drugie słuchaczy. Czy cały problem z kazaniami nie sprowadza się do czegoś bardzo zwyczajnego: do gorliwości księdza? Dyskutujemy o kazaniach, a przecież nieraz już same czytania mszalne są tak beznadziejnie przeczytane, że nie sposób z tego cokolwiek zrozumieć. Zdarza się, że lektorzy przekręcają lub połykają całe wyrazy (np. „nie”) i nikt nie reaguje. To także jest nasza odpowiedzialność, duszpasterzy. Tak częste w naszym kraju niesolidność i niedbalstwo („jakoś to będzie”) mogą dotyczyć także najświętszych czynności. A co do słuchaczy. Trzeba uważać, by narzekanie na kazania nie przerodziło się w modne dziś krytykanctwo na zasadzie: „I tak wiem wszystko lepiej”. Jeśli ktoś krytykuje kazanie, warto, by zapytał siebie, czy jest gotowy poddać głębokiej krytyce także siebie samego. I czy czasem nie byłoby lepiej poddać siebie samego krytyce obecnej w kazaniu, zamiast samemu je krytykować?