Nowy numer 48/2020 Archiwum

Wojna 
faraonów

Przyszłość Egiptu jest jeszcze mniej pewna niż rok temu. Po obaleniu 
przez armię prezydenta Mursiego kraj może pogrążyć się w długoletniej 
wojnie domowej. 


Wielomilionowe tłumy na ulicach egipskich miast. Na transparentach hasła z żądaniem ustąpienia prezydenta Mohameda Mursiego, wybranego rok temu w demokratycznych wyborach. Takich demonstracji Egipt jeszcze nie widział. Nawet tzw. arabska wiosna sprzed dwóch lat, która odsunęła od władzy Hosniego Mubaraka, nie wyprowadziła na ulice tylu ludzi. 


Armia z narodem?


Także tempo zmian tym razem było błyskawiczne – przede wszystkim z powodu dość jednoznacznej postawy wojska. Najpierw deklaracja, że armia stanie „po stronie narodu”. Zwolennicy prezydenta i jego zaplecza politycznego, Bractwa Muzułmańskiego, uznali, że to deklaracja poparcia dla demokratycznie wybranej głowy państwa (Mursi zdobył ponad 51 proc. głosów). Opozycja – że to akt poparcia milionowej rzeszy obywateli. Zachowanie generałów nie budziło jednak wątpliwości, z kim trzymają. Postawili Mursiemu krótkoterminowe ultimatum, by ten znalazł wyjście z kryzysu. Czyli de facto – żeby dobrowolnie oddał władzę. 
Rzecznik Mursiego kilka minut przed upływem ultimatum ogłosił, że szef państwa wolałby zginąć, „niż zapisać się w historii jako ten, który pogrzebał nadzieje Egipcjan na demokrację”. Zaraz potem na ulice Kairu wyjechały czołgi i pojazdy opancerzone. Szybko okazało się, że zabezpieczają miejsca, w których demonstrują grupy osób związanych z Bractwem Muzułmańskim. Generałowie oświadczyli Mursiemu, że nie jest już głową państwa, a następnie zabrali go w nieznane miejsce. Równolegle internowano przywódców Bractwa Muzułmańskiego i sprzyjających im dziennikarzy, wojsko zajęło też budynek państwowej telewizji, a głównodowodzący gen. Abdel Fatah as-Sisi w przemówieniu telewizyjnym ogłosił koniec rządów Mursiego. „Armia uznała, że naród egipski wezwał ją, by udzieliła mu wsparcia, służyła interesowi publicznemu i ochroniła rewolucję, a nie po to, by przejęła władzę czy panowała”, mówił generał. Wszystko wskazuje więc na dobrze zaplanowany zamach stanu. Przy wsparciu dość egzotycznej koalicji przeciwników Bractwa Muzułmańskiego. 


Mundurowi 
kontra „brodaci”


Otwarta konfrontacja armii z Bractwem była kwestią czasu. Prezydent Mohamed Mursi, gdy tylko objął urząd rok temu, w pierwszej kolejności wziął się za wojsko, które przez dziesięciolecia było gwarantem trwałości dyktatury obalonego Hosniego Mubaraka. Mursi, wywodzący się z Bractwa, które za Mubaraka było mocno prześladowane, wysłał na emeryturę najważniejszych ludzi w armii, w tym głównodowodzącego marszałka Muhammada Tantawiego, symbol rządów generałów. Równolegle generałowie demonstrowali swoją siłę. Tuż po zamknięciu urn wyborczych rok temu dokonali swoistego puczu: szybko zmienili konstytucję, odbierając prezydentowi większość kompetencji. I postanowili, że do czasu wyłonienia nowego parlamentu i uchwalenia nowej konstytucji to oni będą decydować o sprawach zasadniczych dla funkcjonowania państwa i stosunków międzynarodowych. W odpowiedzi na to Mursi anulował decyzje wojskowych, co można było odebrać jako rzucenie rękawicy armii. 
Było więc oczywiste, że rozpoczęty w takim napięciu eksperyment z demokracją prędzej czy później musi przerodzić się w otwarty konflikt. Armia i liberalna opozycja w tworzeniu atmosfery niechęci wobec prezydenta podpierały się kolejnymi dekretami Mursiego, które – ich zdaniem – były kolejnymi krokami w stronę dyktatury. Ostrzegano przy tym przed próbami stworzenia z Egiptu islamskiego państwa wyznaniowego. I w zachodnich mediach często powtarzano ten wątek jako główny powód antyprezydenckich nastrojów, które wyprowadziły ludzi na ulice. Tymczasem problem jest o wiele bardziej złożony, choćby dlatego, że dziś ramię w ramię z liberałami przeciwko Bractwu Muzułmańskiemu występuje jego niedawny sojusznik w parlamencie – radykalnie islamska partia salafitów, Al-Nour (Partia Światła). – W gruncie rzeczy i Partia Światła, i Partia Wolności i Sprawiedliwości (polityczne ramię Bractwa Muzułmańskiego) walczyły o islamski rząd dusz – mówi GN jeden z zachodnich dyplomatów pracujących w Kairze. Teraz radykalni salafici współtworzą „antybracką” koalicję, na której czele stoi świecki liberał, były szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, Mohammed El-Baradei. Ponadto za plecami generała as-Sisiego, ogłaszającego przejęcie kontroli nad państwem przez wojsko, siedzieli, a potem również przemawiali najważniejsi religijni przywódcy: Ahmed al-Tajeb, kierujący uniwersytetem Al-Azhar, czyli najsłynniejszą uczelnią w świecie muzułmańskim, oraz koptyjski papież Tawadros.


Chorągiewki na wietrze


Oczywiście masowe demonstracje niezadowolenia były jak najbardziej autentyczne. Ich powodem, jak zaznaczyliśmy przed chwilą, nie były (przynajmniej nie przede wszystkim) powody religijne, tylko zupełnie przyziemne. – Egipcjanie okazali się kapryśnymi widzami, cierpiącymi na „dziecięcą chorobę demokracji”: ponieważ nie dostrzegają zadowalającego efektu rządów Bractwa, po pierwszym odcinku zażądali nowego filmu. Przecież ci sami młodzi, którzy rok temu wołali: „Precz z wojskiem!”, teraz skandowali: „Naród i armia ramię w ramię” – mówi GN proszący o anonimowość dyplomata z Kairu. – Inna sprawa, że Bractwo nie wykazało się żadną sprawnością, co nie jest zresztą dziwne, bo Egipt cierpi na całkowity paraliż organizacyjny. I okazało się, że armia to jedyna sprawna, przewidywalna, profesjonalna instytucja. Reszta kraju, instytucji, łącznie z partiami, nawet opozycyjnymi, jest w rozsypce – dodaje dyplomata. I choć uważa, że masowe demonstracje nie miały jednej „głowy”, która by sterowała tą nową rewolucją, z pewnością to niezadowolenie społeczne było przez kogoś sprawnie inspirowane. – Tak się jakoś „dziwnie” złożyło, że na kilka dni przed protestami na stacjach benzynowych zabrakło paliwa, a w mieszkaniach regularnie odcinano prąd – mówi. Przyznaje również, że konfrontacja armii z Bractwem była kwestią czasu. – Według mnie, obydwie strony od początku nie dawały sobie żadnych szans. Natomiast chwiejna większość obywateli tak jak naiwnie wierzyła w rozwiązanie wszystkich problemów przez obalenie Mubaraka, tak potem głosowała na cud „renesansu” Mursiego, a obecnie równie bezrefleksyjnie obarcza go winą za brak rzeczy, których raczej w ciągu roku nie mógł załatwić. 


Rządy niezgody narodowej


Napięcie przed i po obaleniu Mursiego nie wróży dobrze najbliższej przyszłości Egiptu. Spora część antyprezydenckich demonstrantów, jeszcze przed odsunięciem Mursiego przez wojsko, atakowała główną siedzibę Bractwa Muzułmańskiego. Ponadto „nieznani sprawcy” napadali na demonstrujących zwolenników prezydenta (to też były niemałe, kilkudziesięciotysięczne wiece), wśród których były ofiary śmiertelne. Po obaleniu Mursiego dochodziło do regularnych walk między zwolennikami i przeciwnikami prezydenta, w których łącznie zginęło kilkadziesiąt osób, tysiące zostało rannych. W jednej z miejscowości islamiści zabili koptyjskiego duchownego, prawdopodobnie w odpowiedzi na poparcie, jakiego udzielił wojsku papież Tawadros. Inna sprawa, że Koptowie po dojściu do władzy Bractwa Muzułmańskiego rok temu mieli sporo powodów do obaw o swój i tak nie najlepszy status społeczny. Nie wystarczały gesty Mursiego, jak zaproszenie Kopta do grona doradców prezydenckich. – Sam Mursi sprawiał wrażenie człowieka bardzo uczciwego i prawego. Jednocześnie był chyba – co zarzucała mu opozycja – marionetką w rękach kierownictwa Bractwa, które rządziło z „tylnego siedzenia” – mówi GN kairski dyplomata. 
Dość kuriozalnie brzmią wezwania generałów i tymczasowych władz do stworzenia komisji zgody narodowej w ramach tzw. nowej mapy drogowej. Trudno mówić o zgodzie narodowej w sytuacji, gdy liderzy zwycięskiego rok temu ugrupowania są internowani, a prezydent odsunięty od władzy. Mursi na Facebooku już wezwał do odrzucenia zamachu stanu, a jego zwolennicy zapowiadają walkę do końca. Sama nowa koalicja, jak już powiedzieliśmy – dość egzotyczna – już zdążyła podzielić się w sprawie obsadzenia tymczasowo funkcji szefa rządu. Najpierw pojawił się komunikat, że zostanie nim wspomniany już el-Baradei, po czym w telewizji pojawiło się sprostowanie, że premiera jeszcze nie wyłoniono. Przeciwko kandydaturze prozachodniego liberała zaprotestowała bowiem partia salafitów. Warto przypomnieć, że el-Baradei po obaleniu Mubaraka deklarował chęć ubiegania się o prezydenturę. Przed zeszłorocznymi wyborami wycofał się jednak w proteście przeciw… niedemokratycznym praktykom armii, która jawnie sabotowała niezwiązanych z armią kandydatów. Teraz stał się jedną z twarzy przewrotu przygotowanego przez tę samą armię. Można przypuszczać, że nawet gdyby w najbliższym czasie został wybrany na prezydenta, armia już nie dopuści do takiej samodzielności, jaką przez parę miesięcy cieszył się Mursi – a raczej jego zaplecze polityczne. A niewykluczone również, że to sam generał as-Sisi zechce powalczyć o fotel głowy państwa. Armia z całą pewnością odzyskała w ostatnich dniach utraconą na krótko pozycję i autorytet. Może więc okazać się, że chętnych do pełni władzy faraonów jest znacznie więcej. A ponieważ to armia jest najsprawniejszą obecnie instytucją w Egipcie, jest prawdopodobne, że miliony Egipcjan z nową wiarą w nową cudotwórczą władzę zechcą powierzyć swoje losy wojskowym. Do czasu kolejnej rewolucji. Tyle tylko, że tym razem wojsko może już nie stanąć „po stronie narodu”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także