Nowy numer 48/2020 Archiwum

Wypłynęli na głębię

Kiedy ich rówieśnicy po zakończeniu zajęć w szkole siadali do komputera albo wychodzili na boisko, oni musieli klarować szmaty i wybijać szklanki...


Stare żeglarskie porzekadło mówi, że statki w portach rdzewieją, a ludzie schodzą na psy. Trafność sentencji potwierdza ks. kapitan Andrzej Jaskuła. – W 1992 r. z okazji 500. rocznicy odkrycia Ameryki brałem udział w ogromnych, międzynarodowych regatach. Przy tej okazji spotkałem wielu młodych ludzi. Widziałem, jak po zejściu na ląd wyładowują w tawernach napięcie i stres wynikające z trudów rejsu. Pomyślałem wtedy, że wychowanie morskie powinno opierać się na wartościach płynących z Ewangelii – opowiada. Po sześciu latach otworzył w Pelplinie Chrześcijańską Szkołę pod Żaglami. 


Na „Frycku” 
przez Atlantyk 


W historii żeglarstwa edukacyjnego zapisali się rejsem dookoła Ameryki Południowej. Licealiści na brygu „Fryderyk Chopin” odwiedzili 16 krajów i przepłynęli 26 tys. mil morskich. – Jak dotąd jest to największa oceaniczna wyprawa szkolna z udziałem młodzieży po 1989 r. – wyjaśnia ks. Jaskuła. Młodzi ludzie zostali rzuceni na głęboką wodę. – Odbyliśmy wcześniej jedynie kilkudniowy kurs. Większość z nas nie miała zielonego pojęcia o morzu i pływaniu – tłumaczy Jarek Chodorski, uczestnik rejsu. „Frycek”, bo tak nazywali „swój” statek, stał się dla nich domem, miejscem pracy i nauki. Zostali podzieleni na tzw. wachty, pełniąc różne obowiązki. Jedni nawigowali i klarowali szmaty, czyli robili porządki przy żaglach, drudzy w tym czasie pomagali w kambuzie – okrętowej kuchni. Pozostali szli na lekcje albo odpoczywali. Zmiany następowały co cztery godziny. Dzień rozpoczynał się o 8.00 porannym apelem całej załogi. – Wybijaliśmy wtedy szklanki, to znaczy uderzaliśmy w pokładowy dzwon informujący o aktualnej godzinie i śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze” – przypomina sobie Piotr Radwański, uczeń CSpŻ. 


Już nigdy nie zjem tuńczyka


Zgodnie przyznają, że pierwszy tydzień rejsu był prawdziwym piekłem – większą część czasu załoga spędzała z głową przewieszoną przez burtę. – Walczyliśmy z chorobą morską, snując się jak duchy po pokładzie z woreczkami w rękach. Osoby, które pojawiały się na posiłkach, można było policzyć na palcach jednej ręki – mówi Piotr. Sam zapisał w dzienniku: „Po kolacji wymiotowałem trzy razy, mdliło mnie okropnie”. Jednak najtrudniejszym momentem okazała się przeprawa przez Atlantyk, kiedy przez blisko miesiąc nie widzieli skrawka lądu. Po pewnym czasie na żaglowcu zaczęło brakować żywności. – Jabłko albo kawałek czekolady można było kupić na pokładowym „czarnym rynku” za kilkanaście dolarów. Pragnienie zjedzenia czegoś, co nie jest rybą, było ogromne – opowiada Jarek. – Pamiętam, jak marzyłam o kawałku chleba z twarogiem – dodaje Gosia Gliwińska-Radwańska, uczestniczka wyprawy. W pamiętniku odnotowała: „Jak wrócę do domu, to zjem wielkie lody. Objem się dobrymi rzeczami”. Podstawą menu były tuńczyk oraz tzw. ptaszory, czyli... latające ryby, które co jakiś czas wpadały na pokład. – Na wigilijnym stole mieliśmy sześć potraw. Każdą z nich był tuńczyk przyrządzony w inny sposób – śmieje się Gosia. Musieli także oszczędzać słodką wodę. „Ostatnio myłam się trzy dni temu. Jestem czarna, śmierdząca i się ze mnie leje. Gdy wrócę do domu, będę siedzieć w wannie przez siedem godzin” – czytam w pamiętniku Gosi. Kiedy padał deszcz, wszyscy wybiegali na pokład z mydłem i rozkoszowali się orzeźwiającym prysznicem. – Do tego wszystkiego zepsuła się toaleta. Przyczepieni szelkami do rufy korzystaliśmy z podniebnej ubikacji. Nie było to przyjemne, szczególnie dla dziewczyn – podkreśla Jarek. – Rejs przez Atlantyk był pełną wyrzeczeń lekcją pokory, która nie zniechęciła nas do żeglarstwa. Wręcz przeciwnie – zapewniają. 


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama