Nowy numer 49/2020 Archiwum

Szkaplerz noszę pod koszulą

Kiedy Maria i Paweł Kowalczykowie wyjeżdżają gdzieś z siódemką dzieci, nieraz zaczepiają ich nieznajomi, dzieląc się tym, jak im żal, że sami mają tylko jedno. „Coś w życiu straciliśmy” – mówią.

Zyskałem czy straciłem życie? – zastanawia się tata Paweł Kowalczyk, właściciel prywatnej kancelarii prawniczej i adwokat. – W pewnym sensie straciłem. Wiele wieczorów nie wygląda tak, jak bym sobie zaplanował. Planujemy z żoną wyjście lub po prostu wieczór tylko we dwoje, a tu trzeba zająć się maluchami. Ale to tylko mi służy, rozwija jako człowieka. Uczę się akceptować to, co jest. Coraz łatwiej przychodzi mi się godzić, że trzeba zmieniać swoje plany. Zwykle byłem pedantyczny, jeśli chodzi o ubranie – garnitur bez zmarszczki, świeżo wyprasowana koszula. A tu kiedy wychodzę do pracy, dzieci często jedzą śniadanie i żegnając mnie, odciskają ślady po mleku i konfiturach. Albo gdy jestem na przyjęciu i noszę któreś na rękach, to po wyprasowanej koszuli nie ma śladu.

Tak leczą mnie z bycia pedantycznym. Stale mnie zmieniają. Gdybym nie miał tak licznej rodziny, byłbym człowiekiem roszczeniowym. A tak nie ograniczam się do własnych potrzeb, ale staram się dostrzegać potrzeby innych. Ci, którzy odkładają urodzenie dzieci na później, czasem nie widzą niczego więcej niż czubek własnego nosa. – Lepiej mieć więcej rodzeństwo, bo ma się z kim porozmawiać i człowiek w domu się uczy rozwiązywać różne konflikty – wtrąca 11-letni Michał, najstarszy z dzieci. – Ale sam wolałbym mieć trójkę. Z tymi siedmioma jest trochę nerwów. Nie ma się czasu dla wszystkich i czasem ktoś się może poczuć urażony, że nie ma się czasu do niego przyjść. – Pan Bóg ma czas dla milionów ludzi? – pytam, bo wiem, że modlitwa jest dla niego ważna. – Bo On nie jest tylko człowiekiem – uśmiecha się. – I dlatego się do Niego modlę, żeby mama miała więcej czasu dla siebie niż dla nas. I żeby z Maryją chronił nas od złej przygody.

Mury Jerycha kancelarii

Właśnie mama przywiozła z przedszkola i podstawówki grupkę dzieci – Tereskę, Elę, Martę i Rafała. 3-letnia Klara cieszy się na ich widok, a do mnie przytula, mówiąc „ciociu”. Roczna Krysia chwyta tatę za szyję, sadowi się na jego kolanach i żywo uczestniczy w naszej rozmowie. – Ciągle się nimi zdumiewam – mówi Paweł. – Tyle dzieci to nie był mój plan. Myślałem o czwórce, piątce, ale nie tak szybko. Wiele spraw musiałem do tego dopasować. Bywały też kryzysy.

Kiedy urodził się Rafałek, Paweł pracował w dużej kancelarii. Wychodził z domu przed 6.00 rano, a wracał taksówką przed północą. To trwało pół roku. Żona Marysia była sama z maleńkimi dziećmi i nie dawała rady. Spotkali się wtedy na poważnej rozmowie w obecności swoich towarzyszy duchowych ze wspólnoty Chemin Neuf, do której wstąpili po ślubie. – Zrozumiałem, że ta praca daje pieniądze, ale poza tym niczemu nie służy – wspomina. – Zrezygnowałem z niej i założyłem własną kancelarię, w której siedzę najwyżej do 18.00. Dawna kancelaria poleciła mi klienta, który dał mi większe wynagrodzenie, i wszystko dobrze się ułożyło. To była trafiona decyzja – mówi. Przed jej podjęciem dużo się modlił. Zresztą zawsze to robi. Najczęściej czytając Biblię. Ma ją całą pokreśloną i wraca do pewnych fragmentów. Pyta Boga, dokąd go prowadzi. – Wiara dla mnie to osobiste spotkanie z Bogiem – zwierza się. – On zna moje życie, jestem cenny w Jego oczach. Chce, żebym był z Nim w dialogu. Ostatnio chciałby pomniejszyć koszty utrzymania swojej kancelarii. – Chodzę wokół niej jak wokół murów Jerycha i modlę się, żeby przyszedł mi jakiś pomysł – opowiada. – Modlę się za moich klientów, za sprawy, które prowadzę. Wierzę, że Bóg bardziej wysłuchuje dzieci. Dlatego proszę je o modlitwę. Staram się spełniać wolę Bożą.

Bóg od początku znajduje się w centrum życia Marysi i Pawła. O mało nie zostali zakonnicą i zakonnikiem.

Bóg nie ma złych planów

– Mam niepełnosprawnego brata Wieśka. Do naszego domu przychodzili księża i siostry zakonne prowadzić katechezy dla niego – opowiada Marysia. Kiedy była małą dziewczynką, jedna z sióstr powiedziała jej, że Pan Bóg by się cieszył, gdyby została zakonnicą. Tak jej to zostało w głowie, że w przedszkolu postanowiła nie bawić się z chłopcami, żeby być wierna powołaniu. Później też się strzegła przed bliższymi relacjami z kolegami. Ale wciąż była niepewna, czy to dobra decyzja. Dopiero na I roku psychologii na KUL-u, kiedy spotkała Boga osobiście, powoli przestawała się lękać, co zdarzy się z jej życiem niezależnie od wyboru powołania. Zapamiętała datę 22 listopada 1992 roku. To był dzień modlitwy na rekolekcjach ewangelizacyjnych Odnowy w Duchu Świętym. – Poproszono, żebyśmy otworzyli ręce i zaprosili Boga do swojego życia – pamięta. – Wystraszyłam się, że jak Go poproszę, to będę musiała natychmiast iść do zakonu. Potem przyszła refleksja, że On nie ma wobec mnie złych zamiarów. Że nie mam się czego bać, bo Bóg przygotuje moje serce na służbę, nieważne: w małżeństwie czy w zakonie. Od tego czasu czuję życiowy luz. Oczywiście denerwuję się, kiedy Tereska ma trudności w szkole albo nie możemy zrozumieć się z mężem, ale wiem, że oddałam życie Bogu i On ma je w swoich rękach. Nie stanie mi się nic złego. Paweł też przeżył intensywny moment osobistego doświadczenia Boga. Po studiach pojechał na kilka dni ciszy do Karmelu pod Lublinem. – Nie wiedziałem, czy wybrać pracę w Warszawie, czy zostać w Lublinie – mówi. – Większość czasu spędzałem w kaplicy Karmelu. W pewnym momencie wręcz fizycznie poczułem obecność Boga. Było to tak silne, że byłem przekonany, iż jedyną moją odpowiedzią powinno być pójście do klasztoru. Wróciłem do Lublina z postanowieniem wstąpienia do Karmelu – pamięta. Znajomy jezuita poradził mu, żeby wstrzymał się na rok. W tym samym czasie dostał propozycję pracy w stolicy właśnie na rok.

Przypowieść o pierścionku

– Pracowałem jako prawnik przy placu Trzech Krzyży, obsługując jednego z najbogatszych ludzi w Polsce. Kancelaria mieściła się w dworku z wieżyczką. Codziennie wchodziłem na wieżyczkę i modliłem się, czytając brewiarz. Każdego dnia byłem na Mszy u św. Marcina na Starówce – mówi. Coraz częściej myślał o Marysi, którą poznał podczas spotkań akademickiej wspólnoty modlitewnej w Lublinie. Ta myśl okazała się silniejsza. Zaręczyli się w św. Józefa Oblubieńca. Już wcześniej kupił w Warszawie pierścionek z białego złota z diamentem. Postanowił wysondować, czy pasuje na palec przyszłej narzeczonej. Schował go do kieszonki koszuli pod sweter i poszedł odwiedzić Marysię. W jej domu porównał z innym pierścionkiem – okazało się, że wszystko jest w porządku. Ale w drodze powrotnej zorientował się, że kieszeń jego koszuli jest pusta. – To był grudzień – opowiada. – Prawie na czworakach wracałem, szukając w śniegu zguby. Tak samo badał każdy schodek w jej bloku. Dopiero tuż przed drzwiami nagle pierścionek z brzękiem wypadł mu gdzieś z fałdy koszuli. – Kiedy Marysia otwarła, powiedziałem tylko „Cześć” i wyszedłem szczęśliwy, że go znalazłem – uśmiecha się.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama