Nowy numer 48/2020 Archiwum

Pasterz polskości

Kard. Nagy miał trzy ojczyzny: małą – Górny Śląsk, wielką – Polskę i wieczną – gdzie ku Ojcu prowadzi Chrystus.

Odszedł do Pana ksiądz kardynał Stanisław Nagy (1921–2013), jeden z wielkich polskich „senatorów świata”, jak to pięknie określano w czasach, kiedy ponad 800 lat temu powoływano po raz pierwszy Kolegium Kardynałów. Odszedł jeden z najwybitniejszych polskich teologów, członek Międzynarodowej Komisji Teologicznej, ekspert synodów biskupów w Rzymie. Odszedł najbliższy, obok kard. Mariana Jaworskiego, przyjaciel błogosławionego Jana Pawła II. W tak zwanych mediach centralnych, wielkich dziennikach telewizyjnych, nie zasłużył ten fakt nawet na wzmiankę… Takie media, takie czasy. Mam specjalny dług, który nie pozwala mi nie wspomnieć o ukochanym Księdzu Kardynale. „Ukochanym”? A cóż to za familiarna formuła? Ośmielam się użyć jej tutaj, by wskazać na pewną cechę kardynała, bez której opis jego postaci pozostałby niepełny. Tak, kardynał Nagy był kochany – bo kto do niego zbliżył się choć trochę, nie mógł nie poczuć tej pociągającej siły caritas: miłości do bliźniego nierozerwalnie połączonej z miłością do Boga. Ona szła od kardynała i przyciągała do niego. Zawsze pamiętał w rozmowie, by zapytać o rodzinę; serdecznie, nie zdawkowo dowiadywał się o kolejne postępy w edukacji dzieci, o domowe kłopoty i radości. Nie szczędził swego błogosławieństwa i modlitwy. Miałem zaszczyt poznać księdza profesora Stanisława Nagyego niecałe 20 lat temu. Chciałem wtedy z kolegami z dwumiesięcznika „Arka” przygotować konferencję naukową przypominającą znaczenie przełomowej w naszej historii I pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny. Zbliżała się właśnie 15. rocznica. Jakoś inne, wyższe gremia nie chciały wtedy, w1994 roku, poświęcić tej rocznicy, temu wydarzeniu, swojej uwagi. „Tygodnik Powszechny” nie chciał. Jan Paweł II nie był wtedy na salonach modny, tym mniej w połączeniu ze słowem „ojczyzna”. Wiedzieliśmy jednak, że na spotkaniu poświęconym tak ważnej rocznicy, a raczej zadaniom, jakie z posiewu Jana Pawła II w 1979 wynikają dla nas, Polaków w piątym roku III RP, nie może zabraknąć tych, którzy najpoważniej rzecz potrafią ująć. Dlatego trafiliśmy od razu do przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu Jana Pawła II na KUL – księdza profesora Nagyego. Zaangażował się natychmiast, dobrą radą, swoimi osobistymi telefonami, prośbami – żeby o tamtym bierzmowaniu polskich dziejów sprzed 15 lat przypomnieć w roku, kiedy w Polsce rządziła znów partia (post)komunistyczna i wśród (post)solidarnościowych waśni dojrzewał wybór Aleksandra Kwaśniewskiego na drugiego prezydenta III RP. To dzięki księdzu profesorowi nie zabrakło na tamtej sesji i kardynała Franciszka Macharskiego, i nuncjusza arcybiskupa Józefa Kowalczyka, i nawet redaktora naczelnego „Znaku”. Nie zabrakło powagi refleksji nad „krytycznym momentem w dziejach polskich sumień” (bo taki był tytuł tamtej sesji) i nie zabrakło żarliwej troski o duchowy stan Polski. Ksiądz profesor Nagy połączył wtedy te dwie cechy w swoim wystąpieniu, w którym mówił o Janie Pawle II i jego fascynacji sprawami Polski. Na koniec tamtego wystąpienia, poruszającego wszystkich uczestników odbywającej się w Collegium Novum UJ sesji, ksiądz profesor Nagy wspomniał epizod ze swej wspólnej eskapady narciarskiej z kardynałem Karolem Wojtyłą: „Już wracając w zapadający szybko wieczór z płonącym czerwienią niebem, w okolicy Wołowca, Rakonia i Grzesia, Kardynał nagle odwrócił się, przerwał swoje skupione milczenie i patrząc z zadumą na przepiękny widok, powiedział z dziwną mocą i głębokim zatroskaniem: »a oni – wiadomo kto – chcą zniszczyć ten Naród«. Wyczuwało się nieodparcie, że chciał powiedzieć: »ten mój Naród, tę moją Ojczyznę, ten mój ukochany Kraj«”. Te słowa Karola Wojtyły, które przywołał w czerwcu 1994 roku ksiądz profesor Nagy, wyrażały najlepiej uczucia obydwu uczestników wyprawy narciarskiej w Tatry Zachodnie. Uczucia wciąż aktualne. Ksiądz profesor Nagy miał trzy ojczyzny: małą – Górny Śląsk, z Bieruniem w centrum; wielką – Polskę, i wieczną – gdzie ku Ojcu prowadzi Chrystus. Nie widział żadnego konfliktu między tymi trzema gorącymi patriotyzmami. Bolał bardzo nad tym, kiedy w Polsce po roku 1989 próbowano przeciwstawiać te trzy ojczyzny, te trzy patriotyzmy, by wszystkie osłabiać, obalać. Gorąca, wierna miłość do Polski i do Chrystusa łączyła go z Janem Pawłem II do końca polskiego pontyfikatu. Obaj widzieli Kościół w roli „wiernego stróża polskości”, jak to pięknie ujął ksiądz profesor Nagy w rozmowie dla „Arcanów” wkrótce po swym wyborze do Kolegium Kardynałów. Do tej roli nawracał, chciał nawracać Kościół w Polsce. Sam jej służył do ostatnich dni życia: swoimi homiliami, swoimi artykułami w „Niedzieli”, swoimi tekstami dla „Białego Kruka”, swoimi modlitwami przede wszystkim. Także swoją stałą, czujną uwagą na to, co się w Polsce dzieje. Miałem zaszczyt być przyjmowany przez księdza kardynała jako jeden z tych, których o ten puls polskich spraw wypytywał – gorączkowo, z nienasyceniem, z zatroskaniem. Teraz ksiądz kardynał rozmawia może i o tych sprawach ze swym wielkim przyjacielem – błogosławionym Janem Pawłem II, może szuka w domu Ojca swego ukochanego bohatera politycznego – Wojciecha Korfantego, może śpiewa razem w chórze z redaktorem Jerzym Turowiczem na chwałę Bożą. I tylko tutaj, w tej ziemskiej ojczyźnie, bardzo nam teraz brakuje mądrego uśmiechu i dobrego, pożywnego słowa księdza kardynała.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama