Nowy numer 2/2021 Archiwum

Odrzuceni

Co dwie minuty ktoś na świecie zaraża się trądem. Najwięcej zachorowań jest w Indiach. Mapa tej choroby pokrywa się ze światową mapą biedy.

Cała wiedza przeciętnego Europejczyka na temat trądu to mieszanka strachu i ignorancji, której często towarzyszy pełne zdziwienia pytanie: to trąd wciąż istnieje? Jeszcze 60 lat temu była to choroba nieuleczalna, na którą cierpiało co najmniej 20 mln ludzi. Od momentu wynalezienia antybiotyków trąd jest całkowicie do pokonania. Mimo to, jak informuje Światowa Organizacja Zdrowia, w 2011 r. zanotowano na świecie prawie 220 tys. przypadków nowych zachorowań. Ponad połowa z nich dotyczy Indii, kolejne kraje to m.in.: Brazylia, Demokratyczna Republika Konga, Etiopia, Nigeria, Bangladesz i Angola. Na świecie są 3 mln trędowatych. 70 proc. z nich żyje w Indiach.

Problem społeczny

– Trąd we współczesnym świecie nie jest problemem medycznym, ale społecznym. Polega przede wszystkim na wykrywaniu choroby. Dopóki nie będzie łatwego dotarcia pacjenta do lekarza, nie ma mowy o zwalczeniu trądu – mówi dr Helena Pyz, kierująca od prawie ćwierć wieku Ośrodkiem Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w indyjskim stanie Ćhattisgarh. Na początku swej pracy wykrywała ok. 500 nowych zachorowań rocznie, teraz jest ich 5 razy mniej. Wciąż jednak trafiają do niej nie tylko pacjenci, którzy właśnie zachorowali, ale i chorujący już od kliku lat, niektórzy okaleczeni. – Trąd wcześnie zdiagnozowany można wyleczyć i nie daje żadnych powikłań. Kiedy jest zaniedbany, mamy do czynienia z poważnymi okaleczeniami. Trąd to choroba zakaźna. Skuteczne leczenie trwa od kilku miesięcy do dwóch lat. Nie wynaleziono jeszcze szczepionki przeciwko trądowi – mówi polska lekarka z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. Siedzimy w przychodni ośrodka Jeevodaya. Przyglądam się okaleczonym dłoniom pielęgniarza sprawnie robiącego opatrunki. Jeetram, kiedy tu trafił, nie miał już palców. Nie mógł więc nigdzie znaleźć pracy. Okaleczone ciało jest w społeczności indyjskiej stygmatem na całe życie. – Musiałam się wiele napracować, by zechciał wyciągnąć ręce z kieszeni – wspomina lekarka, i dodaje: – Byli trędowaci są najlepszymi pomocnikami, oni nie boją się dotknąć chorych. Hinduski lekarz nie dotknie chorego na trąd. Nawet nie dlatego, że sam się boi, ale ponieważ inni pacjenci do niego nie przyjdą, gdy dowiedzą się, że leczy trędowatych.

Ludzie Boga

Polacy byli wśród pionierów rehabilitacji trędowatych w Indiach. W 1962 r. dotarł tam założyciel Jeevodaya ks. Adam Wiśniewski, pallotyn, a w 1979 r. pracę w Puri zaczął o. Marian Żelazek. Polski werbista od razu odkrył dramat ludzi zamieszkujących obrzeża Puri, jednego z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych hinduizmu. Świątynia Dżagannatha przyciągała trędowatych wiedzących, że przy rzeszach pobożnych hinduistów łatwiej będzie im coś wyżebrać. Patrzę, jak przy jednym z domków w kolonii starsza kobieta, klęcząc, przebiera ryż. Okaleczone chorobą dłonie pozbawione są palców.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama