Nowy numer 18/2021 Archiwum

Byłem apostatą

Pomysły na świecką Polskę typu przyklejanie jakichś kartek do drzwi bazylik albo krzyczenie pod kurią trzeba przejść jak świnkę, i mi się to udało – czytamy w liście do redakcji.

Wynika z niego, że w lutym 2011 roku „liderzy apostatów” ustalili, że będą polecać ochotnikom zastosowanie się do instrukcji Episkopatu Polski z 27 września 2008 roku tylko po to, by „cały czas narzekać na tę metodę”. Bije z tego pogarda nawet dla własnych sympatyków, którzy są sprowadzeni do roli narzędzi pozwalających na deklamowanie z góry ustalonych kwestii. Wreszcie zupełnie nie odpowiadał mi knajacki język dużej części użytkowników pod adresem duchownych. Chwilami wydawało się, że nie chodzi im o żadne „wystąpienie z Kościoła”, tylko o wyprowadzenie księży z równowagi. Krzyczenie w progu kancelarii parafialnej „dzień dobry”, żeby pokazać, że się jest „twardym zawodnikiem” jest po prostu dziecinne. To wszystko sprawiło, że nabrałem dużej rezerwy do tego, na jakich podstawach się to wszystko opiera i co jest rzeczywistym celem całego przedsięwzięcia, które trwa od 2005 roku i po siedmiu latach nadal nie widać ani efektów, ani końca.

Wstrząs

Wstrząs przyszedł, kiedy nagle umarł mój wujek. Byłem zdruzgotany, tym bardziej że był dla mnie bardzo bliską osobą. Pogrzeb odprawiał „mój” proboszcz. Poznał mnie i wymieniliśmy spojrzenia. Po oddaniu wujkowi ostatniej posługi odnalazł mnie w tłumie i zaczął rozmowę o śmierci i przemijaniu. Mówił głównie o tym, że nie wiemy, kiedy umrzemy, tak jak nie wiedział wujek. Doświadczenie śmierci jest zupełnie inne, kiedy widzi się trumnę, grób i całą rodzinę w żałobie. Wcześniej nie myślałem o niej w tak „namacalny” sposób. Proboszcz powiedział, że ma dla mnie książkę, która mi pomoże w żałobie i jeśli pójdę z nim na plebanię, to mi ją da za darmo. Trochę z ciekawości zgodziłem się. Dopiero na miejscu spytał mnie, czy pamiętam, jak poprzednim razem rozmawialiśmy w tym samym miejscu. Oczywiście, że pamiętałem – chyba każde słowo! Było w tym coś metafizycznego, że znaleźliśmy się w tym miejscu i siedzieliśmy chyba nawet na tych samych krzesłach. Proboszcz powiedział, że idzie po książkę i po chwili wrócił. Położył przede mną... kieszonkowe wydanie Nowego Testamentu. W pierwszej chwili chciałem wstać i wyjść, ale pomyślałem, że sam tam przyszedłem, a on zrobił dokładnie to, co obiecał. „To najbardziej niezwykła książka na świecie. Jest tak potężna, że ludzie od wieków są zabijani tylko za to, że ją czytają. Ty dostajesz ją za darmo. I już tylko dlatego powinieneś ją przeczytać. Być może dopiero teraz się dowiesz, co odrzuciłeś. Jeśli chcesz, zawsze możesz przyjść o niej porozmawiać” – powiedział. Byłem pod wielkim wrażeniem. Nie wiedziałem, że księża potrafią w ten sposób rozmawiać. Zabrałem „prezent” i wróciłem do domu. „Książkę” wziąłem do ręki trochę z ciekawości. Powoli zagłębiłem się w jej świat opowiedziany językiem starożytnych Semitów, ale przez to bardzo piękny. Odkryłem wiele przesłań, które stanowią o jej ponadczasowości. Jest w nich jakiś niewytłumaczalny majestat. To przecież niemożliwe, by ludzie cierpieli i umierali za zbiór opowiadań sprzed dwóch tysięcy lat. Pozwoliło mi to spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy. W tym na moją apostazję sprzed trzech lat, której nie mogę dzisiaj uzasadnić ani argumentem statystycznym (to raczej kontrargument przeciwko samym apostatom, bo co to jest 0,001% rocznie?!), ani zaoszczędzeniem na podatku kościelnym (bo go w Polsce nie ma). Mam za to przykre wrażenie, że o zostanie posłem będą walczyć osoby, które jej nawet nie dokonały, ale za to dużo o niej mówiły pod pomnikiem „patrona polskich apostatów”. I na tym polega prawdziwy dramat polskich apostatów. Wydaje mi się, że ich genialne pomysły na świecką Polskę typu przyklejanie jakichś kartek do drzwi bazylik albo pokrzyczenie przez megafon pod ogrodzeniem kurii trzeba przejść jak świnkę, i mi się to udało. Oficjalnie nie pojednałem się z Kościołem, choć w tej chwili nie wykluczam, że to zrobię. „Mój” proboszcz powiedział, że musiałbym się nauczyć katechizmu, zwłaszcza Credo, bo – jak powiedział dowcipnie – wierny ma być filarem Kościoła (czyli świętym), a nie filarem kościoła (czyli stać przy wejściu). Uważam, że to sprawiedliwe podejście, nawet jeśli wymagające. Nie chodzi o egzamin tylko do zdania, ale o wagę sprawy i odpowiedzialność.

Imię i nazwisko autora znane redakcji

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama