Nowy numer 28/2020 Archiwum

Figurska: Uczcie się na… moich błędach

O plastikowych aureolkach, wielkim życiowym BUM i s. Faustynie, która ratuje małżeństwa, z Dominiką Figurską rozmawia Agata Puścikowska.

W ogromnej mierze to „Dzienniczek” odmienił moje życie! Jeszcze później pojechałam na rekolekcje Odnowy w Duchu Świętym. Nawet nie wiedziałam, dokąd jadę, i po co. Patrzę na tych ludzi machających rękami, śpiewających i myślę sobie: „Jejku, jeszcze lepszy odlot niż w szkole teatralnej”… (śmiech). Poznałam tam wspaniałych ludzi ze Wspólnoty Miłości Miłosiernej. To też raczej nie przypadek. Wierzę, że w dużym stopniu siostrze Faustynie zawdzięczam moje małżeństwo i nawrócenie… Pomogli również – rozmowami, modlitwą – mądrzy księża, wielu ludzi. Byliśmy też z mężem w Rzymie, przy grobie Jana Pawła II, prosząc o pomoc. Oto i streszczenie naszej drogi powrotu…

Rozumiem, że kryzys małżeński to było to wielkie BUM, którego tak naprawdę, pragnęłaś. Może lepsze jednak niż wypadek samochodowy…

– (śmiech) Tak. Zresztą, nasi przyjaciele, rodzina, potem mówili, że zimny i bolesny prysznic był dla nas nieunikniony. Bo nie da się normalnie żyć w takim trybie, w jakim my żyliśmy. Widzieć się w przelocie i mówić sobie tylko „cześć – cześć”. Wciąż się mijać. Coś musiało pęknąć, byśmy otrzeźwieli. Pan Bóg czasem dociera do nas w zaskakujący sposób… Po kryzysie musieliśmy z mężem wiele spraw przepracować. Najpierw każde z osobna, na pustyni własnych emocji, przeżyć. Musieliśmy sami wiele przemodlić, przemyśleć. I dopiero po tym czasie zaczęliśmy się spotykać, nie ukrywam, że w dużym stopniu dzięki dzieciom. Wtedy też następowały u nas straszne burze z piorunami. Aż się oczyściło. Jakimś cudem w tym wszystkim jest i to, że udało nam się ochronić dzieci. Mogły znacznie bardziej ucierpieć…

Jeszcze na szczęście nie umiały czytać „sympatycznych” komentarzy na wasz temat w internecie…

– Teraz za to mogą sobie poczytać… Ludzie (anonimowo) są okrutni. Rozmawiamy więc z dziećmi, nie ukrywamy prawdy. Życia na ukrytej minie, w jakimś kłamstwie, nie polecam nikomu. Prawda jest prawdą i to ona ochroni nas, i nasze dzieci. I wiem teraz jedno: trzeba być czujnym. Na wszystko: otoczenie, męża, żonę. Nie wolno samemu sobie do końca ufać, wierzyć we własne siły i ogólną doskonałość. Myślę zresztą, że padłam ofiarą pewnego rodzaju pychy: „ja chodzę do kościoła, brzydzę się nieprawości, jestem lepsza od innych, mnie to nigdy dotyczyć nie będzie”. Moja plastikowa aureolka jaśniała pełnym blaskiem. Aż się nagle wypaliła…

Już po kryzysie wzięliście z mężem udział w akcji „Wierność jest sexy”. I… dostało się wam. Również aureolkami.

– Tak. Dostało. Bo jak „jawnogrzesznica” ma czelność mówić o wierności? Otóż ma czelność, a nawet pełne prawo. Bo zasmakowała jednego i drugiego: życia w czystości, wierności oraz zdrady. I już z doświadczenia wie, co dobre. Więc z pełną świadomością mówię: „wierność jest sexy. Uwierzcie i uczcie się na… moich błędach”. Natomiast jeśli kogoś aureolka zbyt mocno uciska, tak że aż kamyczkiem musi rzucić w grzesznika, niech się zastanowi trochę... Ja już wiem, że Pan Bóg lubi uczyć pokory. Warto też pamiętać, że jeśli rodzina chce żyć po Bożemu, opowiada się za konkretnymi wartościami, staje się łupem i celem Złego. Jest na pierwszej linii frontu. Zły merda ogonem na rodzinę, bo na kolanach matek siedzą przyszli prezydenci, papieże i księża… Trzeba zdjąć (plastikową) aureolkę, być czujnym i stawać do codziennej walki.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama