GN 43/2020 Archiwum

Na dno razem z wędką

Łączenie biznesu ze zwalczaniem ubóstwa jest popularne. Niestety nie jest skuteczne - pisze na łamach "Rzeczpospolitej" Paweł Brożyński.

Dziś w Warszawie pierwsze spotkanie z „bankierem ubogich” Mohammadem Yunusem. To nietuzinkowa postać, laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2006 roku.
Będzie gościł w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego (BUW) przy ul. Dobrej 55/56.

Mikrokredyt
Skąd wzięła się idea mikropożyczek, za którą Yunusa i jego Garmeen Bank nagrodzono w 2006 roku?
Mohammad Yunus w ramach prowadzonego projektu badawczego trafił do wioski Dżobra. Tam spotkał kobiety, które wytwarzały krzesełka bambusowe. Zarabiały na tym dwa centy dziennie. Nie miały dość pieniędzy, żeby zapłacić za surowiec. Yunus postanowił udzielić im pożyczki. Eksperyment się udał. Yunus powtórzył go jeszcze w innych wsiach. Zauważył, że jego działania są skuteczne i założył Garmeen Bank, który zajął się właśnie udzielaniem mikropożyczek na rozkręcenie drobnej przedsiębiorczości, zakup potrzebnych materiałów, itp.

Bank rozwijał się głównie w krajach bardzo ubogich. Pomagał nawet tym, którzy z racji braku dochodów nie mogli liczyć na kredyty w innych bankach. Co ciekawe, bank Yunusa nie podpisuje z zasady umów z kredytobiorcami i nie stosuje działań windykacyjnych, a jednak wskaźnik zwracanych pożyczek jest prawie stuprocentowy.
W latach 90 Bank Światowy badał skuteczność filozofii działania Garmeen Banku w krajach najuboższych. Wynikało z nich, że w rodzinach, które zdecydowały się wziąć mikrokredyt Yunusa, wydatki na konsumpcję wzrosły o 18% oraz że dzięki uzyskanej pomocy finansowej i uruchomieniu działalności własnej, co roku 5% rodzin przekraczało próg ubóstwa.

W 2006 roku Komitet Noblowski docenił działania Yunusa. W uzasadnieniu decyzji o przyznaniu mu Pokojowej Nagrody Nobla napisano: „Znalezienie przez duże grupy społeczne sposobów na wyrwanie się z biedy jest niezbędne do osiągnięcia trwałego pokoju. Mikrokredyt jest jednym z takich sposobów. Rozwój od podstaw służy ponadto rozwojowi demokracji i praw człowieka”.
Wraz z rosnącą popularnością idei Yunusa, pojawili się również krytycy jego inicjatywy. Coraz częściej powtarzały się zarzuty, że bank Yunusa tak naprawdę wyzyskuje najbiedniejszych, którym udziela pożyczek pod bardzo wysoki procent. Oskarżano go również o wykorzystywanie niewiedzy i nieporadności kredytobiorców. Większość z nich stanowili przecież ludzie niewykształceni i niepiśmienni. Pojawiały się zarzuty, że zamiast wyciągać z ubóstwa, w wielu przypadkach idea mikrokredytów je pogłębiała.
Idea Yunusa ostatnio zaczęła ulegać coraz większym wypaczeniom. Na rynek weszły firmy, które zamiast pomocy, oferują pożyczki na lichwiarski procent – pisze na łamach „Rzeczypospolitej” Paweł Rożyński. Dodaje, że łączenie biznesu ze zwalczaniem ubóstwa w krajach Trzeciego Świata staje się coraz bardziej popularne. Czy jednak to faktycznie pomaga? Publicysta „Rzeczpospolitej” nie ma wątpliwości. Te recepty na biedę są fałszywe.

Handel sprawiedliwy czy nie?
Rożyński zastanawia się nad tym zjawiskiem. Na czym ono polega? Otóż w zamyśle, idea sprawiedliwego handlu (fair trade) miała dać przysłowiową wędkę zamiast ryby najbiedniejszym rolnikom z krajów zagrożonych ubóstwem. Ruch ten polegał na maksymalnym uproszczeniu dystrybucji towarów, by pieniądze z ich sprzedaży trafiały nie do pośredników, koncernów, ale właśnie do wytwórców. Wygląda to mniej więcej tak: kupujemy produkt z logo fair trade, po cenach co prawda wyższych niż rynkowe, ale mamy gwarancję, że został on wytworzony w uczciwy sposób, ekologicznie i bez wyzyskiwania pracowników czy zatrudniania dzieci, a nasze pieniądze trafiają dokładnie do tych, którzy ten produkt wytworzyli. W Polsce inicjatywa na razie jest słabo rozpowszechniona. Zdaje się, że głównym problemem jest cena takich produktów. Nie jest ona odrobinę wyższa od cen produktów dostępnych na rynku. W sklepach, które sprzedają produkty ze sprawiedliwego handlu, ceny są nierzadko wielokrotnie wyższe. Sprawdzam. W jednym ze sklepów internetowcyh za 375 g kakao ze znaczkiem Fair Trade trzeba zapłacić ponad 20 złotych. 250 g kawy – to koszt około 24 złotych. Stugramowa tabliczka czekolady – około 14 złotych.

Fair Trade nie sprawdza się nie tylko przez wysokie ceny. Prawdę mówiąc, one nie odstraszają klientów w Europie, bo ci są gotowi zapłacić więcej, mając świadomość, że poprzez wydane w ten sposób pieniądze pomagają innym. Jak donosi publicysta RP, brytyjskie Centrum Adama Smitha stwierdziło, że na sprawiedliwym handlu zyskuje tylko niewielka grupa farmerów. Sytuacja reszty pogarsza się, bo nie są oni w stanie konkurować na zasadach wolnorynkowych z tymi, którzy biorą udział w Fair Trade. Sprawiedliwy handel zmienia się więc w szkodliwy interwencjonizm i promowanie gospodarczej nieefektywności – pisze Rożyński. Zamiast być bodźcem rozwoju, jest dla ubogich zachętą do pozostawania przy systemie pracy, który nigdy nie przyniesie większych zysków.

Najbiedniejsze kraje nie są bez szans – pisze Paweł Brożyński. Zwraca uwagę, że bogacący się i domagający się coraz większych zarobków chińscy robotnicy mogą zmusić wielu zagranicznych przedsiębiorców i inwestorów do przeniesienia produkcji w inne rejony świata. Tu pojawia się światełko w tunelu. Wszystko zależy jednak od tego, czy niewydolne i niejednokrotnie skorumpowane rządy staną na wysokości zadania i zadbają o przyciągnięcie zagranicznego kapitału. Przykłady? Brazylia i reformy prezydenta da Silvy. W ciągu ośmiu lat rządów podwoił on PKB do kwoty 2 bln dolarów – przypomina Paweł Rożyński.
 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama