Nowy numer 43/2020 Archiwum

Duma i uprzedzenie

Europa będzie jeszcze dziękować Węgrom za Orbána. O ile przykładnej naprawie państwa nie przeszkodzi międzynarodowa histeria wokół węgierskiej „dyktatury”.

Nie rozumiem tej zmasowanej nagonki na nasz kraj. Unia Europejska musi zdawać sobie sprawę, że mamy prawo decydować o sobie – mówi Matiu, student budapesztańskiej Business School. Rozmawiamy pod budynkiem uczelni na ulicy Alkotmány, prowadzącej do placu imienia Lájosa Kossutha, narodowego bohatera walki o niepodległość. Przy placu imponujący budynek węgierskiego parlamentu (Országház). W samym środku siedziby władzy ustawodawczej, pod kopułą – otoczona strażnikami Korona świętego Stefana. Symbol narodowej dumy i ciągłości państwowej. W ostatnich miesiącach jednak obecność Korony w sercu życia politycznego Węgier i czujne oczy „halabardników” nabrały wyjątkowego znaczenia. Kilka dni po naszej wizycie pod parlament przyjdzie ponad 100-tysięczny tłum zwolenników rządzącej partii Fidesz. Transparenty z napisami w rodzaju „Nie będziemy kolonią Europy” to sprzeciw wobec presji wywieranej na suwerenny rząd przez międzynarodowe instytucje. Komisja Europejska wszczęła postępowanie przeciwko Węgrom za naruszenie prawa unijnego. Trudno jednak nie dostrzec, że nie w zakwestionowanych przepisach leży główny problem Unii z Węgrami.

Niesforne dziecko

Wydawało się, że w pogrążonej w kryzysie Unii Europejskiej wszystkie karty są już rozdane. Że jesteśmy skazani na duet Merkel–Sarkozy, próbujący ratować rozpadającą się strefę euro i trzeszczącą Wspólnotę środkami, które do kryzysu doprowadziły: jeszcze ściślejszą unifikacją – kosztem wewnętrznej konkurencji, jedynej siły zdolnej podnieść na nogi europejski projekt. Wydawało się, że jesteśmy skazani na propozycje osi Berlin–Paryż, za którą potulnie podążają, bo muszą, kraje najbardziej dotknięte kryzysem oraz ci, którzy nie muszą, ale nie mają własnego zdania lub przytakiwaniem szykują sobie ciepłe posady w strukturach unijnych. Wydawało się, że jedynym językiem, który ma przyszłość, jest unijna nowomowa i sztucznie budowana tradycja oparta na pustych symbolach, jak niebudzący chyba w nikim (poza eurokratami) dreszczyku emocji hymn UE czy pomniki wspólnej waluty euro.


I nagle w tym krajobrazie pojawia się przywódca, który ma czelność iść swoją drogą. Przywódca, który chce silnych Węgier w silnej Europie, zamiast roli grzecznego chłopca przytakującego silniejszym graczom. Premier, który z parlamentarną większością uchwala konstytucję, nawiązującą do najlepszych tradycji europejskich i narodowych: z jednoznacznym odwołaniem do Boga, do tradycji Korony Węgierskiej, z jasnym zdefiniowaniem małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, z zapisem ochrony życia od poczęcia. Czyli ze wszystkim tym, co wywołuje alergiczną reakcję budowniczych nowej świeckiej tradycji. Pojawia się premier, który w ciągu półtora roku doprowadza do uchwalenia 365 ustaw, demontując stary układ i przywileje komunistycznej nomenklatury, reformując służbę zdrowia, administrację, system edukacji i obniżając podatki, wprowadzając w życie realną politykę rodzinną
(przy trzecim dziecku praktycznie nie płaci się w ogóle podatku PIT), promując najpierw za unijne, a po reprymendzie z Brukseli (sic!) za krajowe pieniądze programy adopcyjne (euromądrale pytają: a dlaczego nie aborcyjne?). Owszem, Orbán popełnia po drodze sporo błędów. Również i jego partii grozi zachłyśnięcie się władzą. Jednak reakcja europejskich elit, które oskarżają Victora Orbána o niszczenie demokracji i wprowadzanie dyktatury, wystawia raczej świadectwo im samym.

Kto tu rządzi?

Formalnie najwięcej kontrowersji budzi obecnie nowa ustawa o banku centralnym, który, zdaniem Komisji, ogranicza jego niezależność. A więc łamie prawo unijne. Chodzi o to, że szef banku centralnego nie może powoływać swoich zastępców, którzy teraz są mianowani przez rząd. Do tego zwiększono do 9 liczbę członków Rady Monetarnej, z których 6 ma wybierać parlament. Ale zastrzeżenie Unii budzi nawet obowiązek składania przysięgi przez szefa banku centralnego na węgierską konstytucję. Nieoficjalnie jednak wiadomo, że najpierw poszło o… pensję prezesa banku.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama