Nowy numer 43/2020 Archiwum

Jakoś pomrzemy

O pisaniu, żeglowaniu i powrocie do macierzystego portu ze Zbigniewem Jankowskim rozmawia Szymon Babuchowski.

Szymon Babuchowski: W swoim najnowszym tomiku wierszy napisałeś: „Nie ma większego szczęściarza,/ niż osiemdziesięcioletni człowiek,/ który idzie brzegiem morza/ do ulubionego kościoła,// w którym widzi i słyszy”. Jesteś szczęściarzem?


Zbigniew Jankowski: – Myślę, że szczęściarzem może się nazwać człowiek, któremu udało się wrócić do swojego wewnętrznego dziecka, dopłynąć do portu macierzystego, zamknąć wielką obręcz dokoła świata. Tym macierzystym portem stał się dla mnie Kościół i to nie jest tylko metafora, bo od matki się zaczęło. Ale dopiero teraz, w ostatnich latach, poczułem się gotowy, by rozpakować ten dar, który otrzymałem. Moja matka życie przemodliła. Do ostatniej chwili miała różaniec w rękach. Ja go podniosłem, gdy jej z rąk wypadł. Długo nie umiałem zrozumieć, że to jest również łańcuch kotwiczny, potrzebny, gdy się wypływa w przestrzeń – daleką, świetlistą.


Oddaliłeś się od tego portu?

– Mój powrót do Kościoła nastąpił po wielu latach. Przez jakieś trzydzieści kilka lat, od czasu studenckiego buntu, byłem w nim nieobecny, choć nie było ani jednego dnia bez modlitwy wieczornej, nawet w najbardziej dla mnie trudnych religijnie czasach. Ten łańcuszek modlitewny nigdy się nie rozsypał. Ale w pewnym momencie poczułem, że moje poszerzanie się o Daleki Wschód, o buddyzm, o taoizm może mnie prowadzić w przestrzenie, w których się unieobecnię. Gdzie jest tak dowolnie i błogo, że aż podejrzanie.


Twój powrót był drogą przez morze. Skąd się ono wzięło w Twoim życiu?

– Woda była żywiołem, który towarzyszył mi zawsze. W Bydgoszczy, gdzie się urodziłem, chodziłem nad Brdę, by łowić ryby na wędkę, ścigać się z kajakami, statkami. Nawet gdy nie chodziłem nad wodę, ona przychodziła do mnie. Powodzie zalewały nasze piwnice. Był to żywioł bliski, słoneczny, ale jednocześnie pokazywał swoją grozę. Raz nawet ześliznąłem się z tratwy i tylko ręce rówieśnika wyciągnęły mnie z nurtu. Te dwie strony żywiołu zapowiadały jakąś morskość, o której mi się jeszcze wtedy nie śniło.


To morze urealniło się, kiedy zamieszkałeś w Kołobrzegu.

– Kołobrzeg dał mi pracę z rybakami i ciężkie nieraz doznania na kutrach rybackich. To szarpanie się z Bałtykiem było gorsze od późniejszych rejsów oceanicznych. Tam modlitwa nie mogła być czymś wymyślonym. Na skraju ludzkich możliwości stawała się bardzo spontaniczna. Kuter zachowuje się w sztormie jak wanna. Jako niezbyt odporny na fale, przeżywałem niekiedy prawdziwe gehenny.


Musiałeś tam pracować zarobkowo, czy chciałeś się sprawdzić?

– Pracowałem jako kierownik Domu Rybaka. To był taki dom kultury przy przedsiębiorstwie połowowym. Ale jednocześnie miałem kartę żeglarską i mogłem wejść na kuter, odbyć rejs. W każdej chwili mogłem z tym skończyć, ale jakoś to nie chciało skończyć ze mną. Było mi potrzebne jako próba sił. Zawsze lubiłem ryzyko. Najtrudniejszy był dla mnie okres przed rejsem, czas psychicznego przygotowania, pełen lęków o bliskich, o to, co się wydarzy. Sny, wyobraźnia – to straszna rzecz na morzu. Wyobraźnia potrafi rozpętać w głowie taki sztormowy Biskaj, jakiego potem nie doznasz nawet w czasie rejsu. Ale morza trzeba się bać. Utrata czujności to najgroźniejsza rzecz dla żeglarza.


W poezji też można stracić czujność?

– Tak, bez czujności dostajesz niespodziewaną falę, zbytni luz wiersza. Czujność w wierszu przekształca się w dyscyplinę, w samokontrolę. Płyniemy przecież po to, żeby z głębi morskich doświadczeń wyprowadzić naszego człowieka wewnętrznego. Zanotowałem kiedyś: „Poeta nie pisze na temat morza, ale morzem na temat siebie i swojego indywidualnego świata”.Nie chodzi tu o to, by podkreślać swoje ego. To ego powinno właśnie zamierać na morzu. Powinniśmy się rozprzestrzeniać na wszystkie osoby, z którymi spotyka nas morze. W marynarzach, gdy zobaczą przepływający blisko statek, budzi się duchowa przestrzeń. Pozdrawiają się, machają do siebie rękami, wołają przez tubę, przez radio. Poszerzają się o drugi świat, o dalsze burty. Tu zaczyna się ten docelowy, prawdziwy rejs, po który płynie poeta. Jeden horyzont pociąga za sobą drugi. To jest różaniec horyzontów. Blisko stąd do tego różańca, którego nie wypuszczam na co dzień z ręki. Morze, chcesz czy nie chcesz, modli się z tobą.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Szymon Babuchowski

Kierownik działu „Kultura”

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Przez cztery lata pracował jako nauczyciel języka polskiego, w „Gościu” jest od 2004 roku. Poeta, autor pięciu tomów wierszy. Dwa ostatnie były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a „Jak daleko” został dodatkowo uhonorowany Orfeuszem Czytelników. Laureat Nagrody Fundacji im. ks. Janusza St. Pasierba, stypendysta Fundacji Grazella im. Anny Siemieńskiej. Tłumaczony na język hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński. W latach 2008-2016 prowadził dział poetycki w magazynie „44/ Czterdzieści i Cztery”. Wraz z zespołem Dobre Ludzie nagrał płyty: Łagodne przejście (2015) i Dalej (2019). Jest też pomysłodawcą i współautorem zbioru reportaży z Ameryki Południowej „Kościół na końcu świata” oraz autorem wywiadu rzeki z Natalią Niemen „Niebo będzie później”. Jego wiersze i teksty śpiewają m.in. Natalia Niemen i Stanisław Soyka.

Kontakt:
szymon.babuchowski@gosc.pl
Więcej artykułów Szymona Babuchowskiego

 

Zobacz także