Nowy numer 37/2021 Archiwum

Wirtualna rewolucja, realny kłopot

Nikogo nie dziwi, że nie będzie laptopów dla każdego ucznia. Martwi, że znów zabrakło pieniędzy na pracownie komputerowe w szkołach.

Dziś sytuacja zmieniła się o tyle, że Magdalena Gaj nie musi już nigdzie odsyłać, bo jest ze wzmiankowanym zespołem w jednym, nowym resorcie cyfryzacji, kierowanym przez Michała Boniego. Nie zmienił się natomiast dystans, jaki do „laptopowej rewolucji” prezentuje Ministerstwo Edukacji. Dystans tym bardziej uzasadniony, że wątpliwy okazał się nie tylko sam pomysł, ale i źródło jego finansowania. Minister Jacek Rostowski oprotestował założenia ustawy o konwersji (czyli przekazaniu pieniędzy z koncesji na inne cele). Poszło nawet nie o miliard na komputery dla uczniów, tylko o pieniądze, które operatorzy mieliby przeznaczyć na rozbudowę sieci, zamiast na łatanie budżetowej dziury.

Tamta decyzja mówi wiele o filozofii rządu, który dużo i głośno mówi o cyfryzacji, natomiast nie dba o infrastrukturę. Jeśli gdzieś w Polsce uczniowie nie mają dostępu do sieci, to nie dlatego, że nie chcą, ale że jest droga lub jej brakuje. I tu przydałaby się rewolucja.

Co w klasie piszczy?

Minister Boni w prasowych wywiadach nie wypiera się swoich pomysłów, ale koryguje, że to, co wyjściowo można było nazywać „laptopem dla ucznia”, lepiej określić dziś jako „cyfrowa szkoła” oraz „e-podręcznik”. Tyle że nadal mówi to on, a nie minister edukacji.

Nic dziwnego, że prosi o czas, bo musi się zorientować, „jak powinni być przygotowani nauczyciele, jaki rodzaj sprzętu potrzebny jest w szkole: w klasie i na uczniowskich ławkach”. To prawda, że nie MEN, ale właśnie nowy resort odpowiada za to, jaka jest potrzebna szybkość internetu w szkołach, żeby sieć się nie wieszała, kiedy setka dzieci usiądzie przy laptopach i uruchomi je w tym samym czasie. Ale trudno sobie wyobrażać rewolucję w edukacji programowaną poza resortem edukacji.

Jeszcze w kwietniu ub. roku, jeszcze jako szef doradców premiera, Michał Boni zapowiadał, że liderem programu zostanie sam Donald Tusk, a komputery dostanie we wrześniu 3 tys. klas i 40 tys. nauczycieli. Szybko jednak z inwestycji się wycofano, podobnie jak z planów kupowania rzutników i tablic interaktywnych dla klas. O ile bowiem laptop dla każdego ucznia to pomysł co najmniej kontrowersyjny, o tyle dozbrojenie informatyczne klas wydaje się potrzebą chwili. Zrzucanie tego obowiązku na samorządy, niemające na wypłaty podwyżek dla nauczycieli, nie rokuje dobrze przyszłości „cyfrowej szkoły”.

Laptop jak książka

Polska nie jest jedynym krajem, w którym toczy się debata o to, jak szkoła powinna reagować na cyfrową rewolucję. Nie brak głosów – zwłaszcza ze strony środowiska psychologów – że dzieci cały wolny czas spędzają dziś przed ekranem komputera i w szkole powinno się raczej wracać do kontaktów interpersonalnych. Nie jest też tak, że uczeń po wyposażeniu w laptop stanie się od razu mądrzejszy. Dotychczasowe doświadczenia pokazują coś przeciwnego: słabi uczniowie zupełnie tracą chęć do nauki, traktując komputer jako zabawkę. Zgodnie z przeznaczeniem wykorzystują sprzęt tylko uczniowie dobrzy. Pilotaż rumuński pokazał na przykład, że wyposażenie wszystkich w ten sam sprzęt nie wyrównało, a pogłębiło różnice w wynikach nauczania.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama