Nowy numer 44/2020 Archiwum

Pieczątką w system

Pacjent, z pacjentem, pacjentowi... – mówi się ciągle o nas. Mówią politycy, mówią lekarze. Tymczasem pacjent wychodzi od lekarza przerażony i wściekły. Bo mowa o nim to przysłowiowa – trawa. Nierefundowana, więc bardzo droga.

Niestety, rozpoczynając artykuł o ustawie refundacyjnej, trzeba napisać: „bałagan” i „chaos”. Bałagan, który był od początku przy procedowaniu ustawy, konsekwentnie zmienił się w chaos przy próbie jej wprowadzania. A na początku stycznia, gdy ustawa weszła w życie, przerodził się w prawno-
-ministerialno-lekarską anarchię. A najbardziej cierpią fundatorzy chorego systemu, czyli... pacjenci.

Od końca do początku

Ubezpieczeni pacjenci (prawie 99 proc. Polaków), którzy miesiąc w miesiąc opłacają składki zdrowotne, po 1 stycznia po wizycie u lekarza wyszli z kwitkiem, czyli pieczątką na recepcie: „Refundacja do decyzji NFZ”. Opieczątkowane recepty otrzymali pacjenci, których lekarze prowadzący przystąpili do tzw. pieczątkowego protestu.

Protest ten jest konsekwencją wprowadzenia w życie tzw. ustawy refundacyjnej i konfliktu, jaki wywołała między środowiskiem lekarskim a Ministerstwem Zdrowia. Pełnopłatne recepty dla ubezpieczonych pacjentów są więc końcem smutnej historii o współczesnej polskiej służbie zdrowia. A jaki był zły złego początek?

Przypomnijmy. Ustawa refundacyjna, nad którą pracowało Ministerstwo Zdrowia z min. Kopacz na czele, zakładała m.in. uszczelnienie systemu refundacji leków. Założenie, w swej idei słuszne, miało ograniczyć wydawanie leków refundowanych osobom nieubezpieczonym. Tyle tylko, że do sensownej idei zakradł się antysystemowy chochlik. Nowa ustawa obowiązek weryfikowania pacjenta – nie bardzo wiedzieć czemu – zrzuciła na lekarzy. Czyli z medyka zrobiła urzędnika.

W myśl nowych przepisów (zawartych częściowo w ustawie o refundacji leków z 12 maja 2011 r., a częściowo w rozporządzeniu ministra zdrowia w sprawie recept z 23 grudnia 2011 r.), lekarze wypisujący leki refundowane muszą weryfikować, czy pacjent ma uprawnienia do refundacji, zaznaczać odpowiedni kod na recepcie. Muszą też określać i weryfikować dodatkowe uprawnienia lub przywileje pacjenta w tym zakresie i odnotowanie odpowiedniego kodu na recepcie. W końcu też mają obowiązek określania poziomu refundacji (spośród 5 możliwych) dla każdego wypisanego leku i zaznaczenie tego na recepcie.

W praktyce jest to bardzo skomplikowane, co przyznają nawet (po cichu) przedstawiciele NFZ. Podstawowym problemem jest tu brak jednego dokumentu potwierdzającego fakt ubezpieczenia w NFZ. Możliwych dokumentów jest kilkanaście, a żaden, według lekarzy, nie jest w 100 proc. pewny. Ta sytuacja nie byłaby zresztą dla lekarzy największym problemem, gdyby nie dalsze rozwiązania ustawowe: zgodnie z art. 48 ust. 8 ustawy o refundacji, w przypadku gdy lekarz pomyli się przy wypisywaniu recept lub wypisze refundowaną receptę pacjentowi nieubezpieczonemu, musi zapłacić NFZ kwotę refundacji za przepisane pacjentowi leki.

Określenie poziomu refundacji również według lekarzy do prostych czynności nie należy. Najpierw trzeba znaleźć odpowiedni lek na liście ponad 3 tys. preparatów (200 stron formatu A4). Później znaleźć poziom jego refundacji, przy czym niektóre leki (ponad 200) mają kilka stopni refundacji, w zależności od tego, czy jest to choroba przewlekła, czy nie, i jaka choroba przewlekła. Nowe przepisy wprowadziły zasadę, iż refundacja dla danego leku przysługuje tylko dla tych stanów chorobowych, które zostały przez danego producenta zarejestrowane. W praktyce oznacza to, że ten sam lek w jednej chorobie może być refundowany, a w drugiej nie. Żeby się dowiedzieć, w jakich wskazaniach lek został zarejestrowany, trzeba znać tzw. charakterystykę produktu leczniczego wszystkich dostępnych leków (ponad 3 tys.), co oznacza już książkę o kilkunastu tysiącach stron, która w praktyce jest... niedostępna.

Pieczątkowanie moralne?

Ustawowe obostrzenia w absurdalny sposób utrudniają pracę lekarską. Trzeba jednak zapytać: czy forma protestu jest moralna? Ostatecznie przecież to nie pacjenci są winni legislacyjnemu bublowi o nazwie „ustawa refundacyjna”. Pytanie jest też o tyle zasadne, że zawarte w ustawie przepisy to nie kwestia ostatniego miesiąca. Trudno uwierzyć, że lekarze, którzy obecnie protestują, nie znali wcześniej spornego art. 48. Dlaczego zatem nie protestowali? Ta uwaga zresztą tyczy się i innych środowisk: w tym opozycji, która dość długo milczała. Lekarze i politycy co prawda odpowiadają: sposób procedowania był taki, że nie dawał możliwości wprowadzania poprawek. Być może. Jednak nikt nie zabraniał informowania opinii publicznej o możliwych konsekwencjach wprowadzenia nieszczęsnego art. 48. pkt. 8.

– Prawdę powiedziawszy, trochę mnie to wszystko przeraża – mówi anonimowo jeden z warszawskich lekarzy, choć sam pieczątkuje recepty. – Bo to wszystko wymknęło się spod kontroli i wszyscy idą w zaparte: i lekarze, i rząd. Tymczasem sytuacja dla nas, protestujących, komfortowa nie jest: część lekarzy zaciska zęby i wystawia pełnopłatną receptę, inni twierdzą, że stawiają czerwone pieczątki dla wspólnego dobra. Prawda jest taka, że lekarze liczyli, że rząd szybko się ugnie pod naciskiem społecznym. Że pieczątka na recepcie wyzwoli jakiś bunt społeczny – choćby poprzez zasypywanie skargami oddziałów NFZ. Tymczasem ten nacisk jest niewielki, ludzie nie protestują. Więc Ministerstwo Zdrowia czuje się bezkarne...

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama