GN 43/2020 Archiwum

Koniec końców

Nie chcę się chwalić, ale ja, proszę państwa, przeżyłem już dwa końce świata. Nie licząc derbów Śląska. Tymczasem spora część społeczeństwa na magiczną datę 2012 reaguje jak kibice siatkówki, krzycząc: ostatni, ostatni.

Powiedzmy sobie szczerze: lubimy przepowiednie. Z pewnym dreszczykiem sięgamy po prorocze opisy katastrof i zawirowań. Napawamy się nimi. Chcemy wykraść Bogu tajemnice związane z przyszłością. Na ilu odpustowych straganach widziałem proroctwa na temat losów Polski. Daj Boże, gdy były to książki zawierające zapiski założyciela michalitów ks. Bronisława Markiewicza. Gorzej, gdy o naszym losie wypowiadała się królowa Saby.

„W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w obłokach”. To Nostradamus? Nie! Sienkiewicz. Pokolenia Polaków wychowały się na dziele rozpoczynającym się od słów: „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się z Dzikich Pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednią napadów tatarskich. Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła się na niebie”.

W podobne klimaty wchodzimy od kilku lat. Wielu ludzi, wypowiadając magiczną datę 2012, szeptem dodawało: koniec świata. I mówiąc to, nie myśleli wcale o występie kadry na EURO. I choć, jak się okazuje, z kalendarza Majów nie wynika, że 21 grudnia br. nastąpi koniec świata, portale i tygodniki aż kipią od przepowiedni.

Wstrząśnięte moce

Pierwszy koniec świata przeżyłem w liceum. Znajomy ksiądz dał mi kasetę magnetofonową. „Przepowiednie księdza Mathieu” – przeczytałem na obwolucie. Włączyłem magnetofon marki Wilga i zamarłem. Samozwańczy prorok (podobno były sekretarz Episkopatu Kanady) roztaczał wizję: „Paruzja to kwestia kilku najbliższych lat. Jezus powróci za dwa, trzy lata. To pewnik”. Miałem mieszane uczucia. Gdybym jeszcze dostał tę kasetę od jakiegoś kumpla. Ale od księdza – autorytetu? Nie wskoczyłem w pokutny wór. Może tylko na wszelki wypadek stałem się nieco pobożniejszy niż średnia krajowa. I co? i nic. Żadnego końca nie było.

Drugi koniec świata przeżyłem w katowickim zborze Betania. Byłem w nim po raz pierwszy. I ostatni. – Mówię wam: nadchodzi koniec! Zobaczycie: poleje się krew! – grzmiał David Wilkerson. Ceniony, znany, charyzmatyczny, rozpoznawalny. Autor bestsellera „Krzyż i sztylet”. Zbór pękał w szwach. Przemawiający w transie kaznodzieja zapowiadał: „Zbliża się koniec. Niebawem – to kwestia kilku miesięcy – padnie giełda nowojorska. To będzie krach większy niż słynny czarny czwartek z 1929 roku. Poleje się krew. Przerażeni Amerykanie zaczną szukać ratunku na Kubie”.

W oczach sąsiadów zauważyłem narastające przerażenie. Odbierali słowa pastora jako „odgórne” przesłanie. Zastanawiali się, czy już zacząć kupować mąkę i cukier. – To odpłata Boża za to, co dzieje się wokół! Ile agresji w amerykańskich szkołach – grzmiał Wilkerson. Czmychałem z „Betanii” w podskokach. Nie, nie ze strachu. Pastor stracił wiarygodność. Wszystkie jego mrożące krew w żyłach opowieści okazały się wyssane z palca.

Wkręcony

Proroctwa, przepowiednie, dziwaczne objawienia… Nawet bardzo pobożni ludzie są w stanie wytworzyć taką psychozę, że łatwo się wkręcić w spiralę lęku.

– Początek roku 1997. Miejski Dom Kultury. Za chwilę próba zespołu – opowiada Adam Szewczyk, muzyk i kompozytor. – Chłopaki powoli się schodzą. Nagle do sali energicznie wpada jeden z muzyków. Wyraz twarzy ma taki, jakby przed chwilą poznał datę końca świata. Niewiele się pomyliłem. W milczeniu podchodzi do każdego z nas i rozdaje zapisane drukiem kartki formatu A4. Nie pamiętam dokładnie, co wtedy powiedział, ale wiem, że był to komunikat typu „panowie, żarty się skończyły”.

Skonsternowani zagłębiamy się w lekturę zapisanego na kartce tekstu. Oto Maryja (podobno) objawia, że cierpliwość Boga wobec grzesznego świata się kończy i że czeka nas „ostatnie ostrzeżenie”. Ma to być zauważony przez wszystkich ludzi na ziemi budzący trwogę znak. Maryja (podobno) zaleca, by w trakcie trwania tego znaku pozamykać się na wszystkie możliwe spusty, nie wychodzić z domu, a wcześniej zrobić konkretne zapasy żywności i innych produktów umożliwiających przeżycie tego okresu. I choć to jeszcze nie ma być koniec świata, to powaga sytuacji jest iście apokaliptyczna. „Ostatnie ostrzeżenie” ma nastąpić jeszcze w tym roku. Tekst jest fragmentem pewnych Maryjnych (podobno) objawień. Jestem poruszony. Naturę mam taką, że łatwo wkręcam się w takie klimaty, więc się wkręciłem. Kolega, który wkręcał, sam był poważnie wkręcony. To wielki fan różnych orędzi, objawień i innych „znaków z nieba”. Zawsze dużo się modlił. Teraz jeszcze więcej. Codzienna Msza, kilka Różańców dziennie, nowenny, koronki, litanie, modlitwa „cogodzinna” itd. Za poleceniem Maryi (podobno) puste mieszkanie zamienił na magazyn produktów spożywczo-przemysłowych: batony, konserwy, napoje, mleko, świeczki, denaturat, kuchenka turystyczna itd. Uległem temu wszystkiemu. Nie chciałem być jak ci głupi ludzie, którzy kiedyś zignorowali wieszczącego potop Noego. W szafie wylądował karton snickersów, woda, świeczki, zapałki i coś tam jeszcze.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama