Nowy numer 37/2021 Archiwum

Szczyt Partnerstwa Wschodniego

Uznanie europejskich aspiracji krajów Partnerstwa Wschodniego, perspektywa zniesienia wiz, objęcie studentów unijnym programem Erasmus i utworzenie w Warszawie Akademii Administracji Publicznej PW - to niektóre zapisy deklaracji przyjętej w piątek na szczycie w Warszawie.

"Uczestnicy warszawskiego szczytu uznają europejskie aspiracje i europejski wybór niektórych partnerów oraz ich przywiązanie do budowania głębokiej i trwałej demokracji" - głosi deklaracja przyjęta przez szefów państw i rządów krajów UE oraz pięciu krajów Partnerstwa Wschodniego: Ukrainy, Gruzji, Mołdawii, Armenii i Azerbejdżanu. Białoruś, szósty kraj objęty PW, odmówiła udziału w szczycie.

"Partnerstwo Wschodnie opiera się na wspólnocie wartości i zasad: wolności, demokracji, poszanowaniu praw człowieka i podstawowych wolności oraz rządów prawa. Wszystkie kraje uczestniczące w Partnerstwie Wschodnim są przywiązane do tych wartości poprzez odpowiednie międzynarodowe instrumenty. Każdy kraj Unii Europejskiej jest także do nich przywiązany poprzez Traktat o UE" - głosi deklaracja. W innym miejscu nazywa ona kraje należące do PW "krajami wschodnioeuropejskimi".

Takie sformułowania to kompromis osiągnięty przez polską prezydencję zabiegającą o perspektywę członkostwa w UE dla sąsiadów, a krajami zachodnimi UE, które były temu niechętne.

W deklaracji zapisano, że podstawowym celem PW pozostaje zwiększenie mobilności obywateli, a pierwszym krokiem, który temu służy, są umowy o ułatwieniach wizowych, jakie UE ma już z Ukrainą, Mołdawią i Gruzją (negocjacje z Azerbejdżanem i Armenią wkrótce się rozpoczną). Deklaracja stanowi, że "UE i kraje partnerskie podejmą stopniowe kroki prowadzące do wprowadzenia ruchu bezwizowego w odpowiednim trybie, oceniając każdy przypadek indywidualnie, pod warunkiem, że spełnione zostaną warunki dobrze zarządzanej i bezpiecznej mobilności" - głosi dokument.

Mimo warunkowości, ku zadowoleniu polskiej prezydencji, nie ma tu mowy o "długoterminowej" perspektywie.

Ściślejsza współpraca i wymiana ma być możliwa dzięki dodatkowym środkom na PW z unijnego budżetu. W deklaracji UE podaje kwotę 1,9 mld euro przeznaczoną na PW w latach 2010-13 w ramach współpracy dwustronnej i regionalnej. Jednocześnie sygnatariusze zapowiadają, że "UE zadecyduje o przeznaczeniu dodatkowych środków na okres 2012-13 w celu (...) kontynuacji szczytu warszawskiego, z korzyścią dla partnerów, którzy zobowiązali się do przeprowadzenia reform. Premier Donald Tusk zapowiedział, że chodzi o 150 mln euro.

Odnośnie do współpracy gospodarczej deklaracja zapowiada "całościowe zbliżenie z UE, prowadzące stopniowo do gospodarczej integracji z rynkiem wewnętrznym UE, a co za tym idzie stworzenia obszaru gospodarczego między UE a krajami partnerskimi". Nie ma jednak mowy o głębokiej i pełnej integracji ekonomicznej na wzór tej, która łączy UE z Norwegią albo Szwajcarią. Polska prezydencja podkreśla, że takie zapisy stanowią postęp, zważywszy, że do tej pory celem było utworzenie pogłębionych stref wolnego handlu.

W deklaracji napisano także, że "możliwe" jest zakończenie negocjacji pogłębionej umowy o stowarzyszeniu i wolnym handlu z Ukrainą do grudnia - co budzi spory w UE z powodu trwającego w Kijowie procesu byłej premier i liderki opozycji Julii Tymoszenko. Przywódcy zapowiedzieli także, że do końca roku planowane jest rozpoczęcie rozmów na temat porozumień o wolnym handlu z Gruzją i Mołdawią, o ile kraje te dokonają koniecznych postępów.

"Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie kończy się sukcesem. Tekst przyjętej deklaracji zawiera zapisy, które są znacznie mocniejsze niż to, co przyjęto dwa lata temu w Pradze (na pierwszym szczycie PW - PAP)" - mówił rzecznik polskiej prezydencji w UE Konrad Niklewicz.

Politycy PiS zarzucają rządowi i MSZ, że nie przygotowali szczytu Partnerstwa Wschodniego we właściwy sposób. Ich zdaniem to, że wschodni partnerzy UE odmówili podpisania deklaracji ws. Białorusi jest "kompromitacją polskiej dyplomacji".

Na szczycie Partnerstwa Wschodniego w Warszawie kraje UE przyjęły w piątek specjalną deklarację potępiającą łamanie praw człowieka i demokracji na Białorusi. Wschodni partnerzy odmówili jej podpisania; Białoruś całkowicie zbojkotowała szczyt.

"To, że to nie jest sukces jest bardzo smutne. Ten sukces byłby w interesie bardzo wielu ludzi, szczególnie tych na Wschodzie, także w interesie Polski. Tego rodzaju deklaracje, jak ta, która nie została przyjęta, trzeba przygotowywać przez długi czas i robić to profesjonalnie, a nie na zasadzie uprawiania propagandy zamiast polityki" - powiedział podczas konferencji prasowej w Kielcach prezes PiS Jarosław Kaczyński.

"Mamy do czynienia z kolejną porażką i kolejnym pokazem, że polską politykę zagraniczną prowadzą ludzie po prostu do tego nieprzygotowani. Wystarczy poczytać twittery pewnego pana, żeby mieć kolejną weryfikację, że lepiej, aby czym innym się zajął" - dodał.

Rzecznik PiS Adam Hofman powiedział natomiast na konferencji prasowej w Warszawie, że szczyt PW miał być sukcesem, a - zdaniem posła - okazał się "katastrofą". Jak dodał, jego rezultaty stawiają pod znakiem zapytania kompetencje premiera Donalda Tuska do wywalczenia 300 mld zł dla Polski z przyszłego budżetu Unii Europejskiej.

"Brak konkluzji Partnerstwa Wschodniego co do Białorusi jest rzeczą smutną z punktu widzenia Polski jako organizatora szczytu, jest rzeczą, która kompromituje polską dyplomację, bo okazuje się, że minister Sikorski i rząd Donalda Tuska tego szczytu nie przygotowali we właściwy sposób" - powiedział z kolei szef sztabu wyborczego PiS Tomasz Poręba.

"Aby doszło do podpisania deklaracji podczas szczytu, muszą wcześniej być rozmowy, spotkania, wymiana informacji (...) Trudno, żeby szczyt się udał, skoro kilka miesięcy temu odbyło się w Pradze spotkanie Catherine Ashton (przedstawiciel Unii Europejskiej ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa - PAP), ministrów spraw zagranicznych Grupy Wyszehradzkiej z ministrami spraw zagranicznych Partnerstwa Wschodniego, na którym nie było głównego ministra, organizatora dzisiejszego szczytu, Radosława Sikorskiego" - dodał.

Wówczas - według Poręby - przygotowywano założenia piątkowego szczytu PW. "Zabrakło ministra Sikorskiego. Zastępował go minister Mikołaj Dowgielewicz" - zaznaczył. "Kończy się to tym, że dzisiaj kraje Partnerstwa Wschodniego odmówiły podpisania konkluzji szczytu ws. Białorusi" - dodał Poręba.

Wiceszef PiS Adam Lipiński uważa, że rząd Tuska doprowadził do "regresu polityki wschodniej", czego przykładem był przebieg piątkowego szczytu. "Jeśli chodzi o naszą politykę wobec Białorusi, rejestrujemy mnóstwo tego typu porażek. Bardzo często nie mówi się o tym głośno, żeby nie szkodzić działaczom demokratycznym na Białorusi" - uznał.

Lipiński podkreślił, że za rządów PiS udało się m.in. uruchomić Radio Racja, telewizję Biełsat, rozpocząć program stypendialny umożliwiający studiowanie w Polsce relegowanym z białoruskich uczelni studentom. "Oczekiwałbym od rządu Donalda Tuska, żeby miał tego typu sukcesy na swoim koncie. Jedynym sukcesem, który miał być na koncie premiera Tuska, miało być Partnerstwo Wschodnie, a czym ono się kończy dzisiaj widzimy" - powiedział.

Prezes PJN i były wiceminister spraw zagranicznych Paweł Kowal uważa, że na szczycie Partnerstwa Wschodniego w Warszawie zabrakło ze strony Polski nowej, wyraźnej inicjatywy - "nowego otwarcia". Jednocześnie ocenił, że, jak na obecną sytuację w Europie, szczyt był raczej udany i dobrze zorganizowany.

"Zabrakło nowej, wyraźnej inicjatywy w sprawie Partnerstwa Wschodniego. Polska powinna wyraźnie wskazać na nowe otwarcie, jeśli chodzi o młodzież. Powinniśmy optować za powołaniem uniwersytetu Partnerstwa na wschodnich granicach Polski, na którym młodzież z krajów wschodnich i Unii wspólnie studiowałaby politologię, historię i prawo" - powiedział PAP Kowal.

Jego zdaniem zabrakło "dużej propozycji". "Jak Polska tego nie zrobi, to nikt tego nie zrobi, trzeba to sobie uświadomić, Polska jest dziś jedynym krajem, który czuje się w 100 proc. odpowiedzialny za Partnerstwo" - podkreślił polityk PJN.

Przyznał jednocześnie, że - jak na obecną sytuację w Europie i stosunek wielu krajów do polityki wschodniej - szczyt był raczej udany. "Na pewno temu faktowi pomogło to, że w Polsce niedługo odbędą się wybory i rodzina Europejskiej Partii Ludowej, (w której jest Platforma-PAP) starała się być dobrze reprezentowana na szczycie" - zaznaczył Kowal.

Według prezesa PJN, kompromis, który został wypracowany na szczycie idzie dalej, niż mogli spodziewać się pesymiści. Z kolei - jak ocenił - propozycja deklaracji w sprawie Białorusi była nieprzygotowana.

Na szczycie kraje UE przyjęły w piątek specjalną deklarację potępiającą łamanie praw człowieka i demokracji na Białorusi. Wschodni partnerzy odmówili jednak jej podpisania, podczas gdy Białoruś całkowicie zbojkotowała szczyt. Przywódcy potwierdzili też "europejskie aspiracje" wschodnich sąsiadów, ale nie dali im obietnicy członkostwa w UE.

"Trzeba było deklarację w sprawie Białorusi wcześniej przygotować - dla wschodnich partnerów, którzy są w różny sposób powiązani z Białorusią, tego typu inicjatywy muszą być zawsze dobrze przygotowane. Styl zaskakiwania nie jest dobrą metodą w dyplomacji" - ocenił Kowal.

Przyznał też, że fakt, iż nie udało się wypracować obietnicy członkostwa dla wschodnich sąsiadów, jest "pewna słabością". "Z drugiej strony atmosfera w Europie wokół polityki wschodniej jest trudna, wiec byłem w większym stopniu pesymistą, niż to się w końcu okazało" - przyznał.

Zdaniem Kowala, nieobecność przedstawicieli władz Białorusi nie zaważyła na ocenie szczytu. "Sytuacja na Białorusi jest taka, że nawet udział szefa MSZ Białorusi byłby pewnym gestem, ale i tak u nich stan praw człowieka i demokracji jest taki, że nie pozwala im na normalne uczestniczenie w Partnerstwie Wschodnim" - ocenił.

W sprawie Białorusi szef PJN jest zwolennikiem polityki prowadzonej "krok po kroku". Najpierw całkowita amnestia dla więźniów politycznych, a wybory dopiero rok-dwa lata później, gdy uda się zbudować zręby społeczeństwa obywatelskiego; wybory przeprowadzone zbyt szybko byłyby złe dla opozycji – uważa.

"Wybory muszą być w odpowiedni sposób przygotowane dla opinii publicznej. Dzisiaj, gdyby odbywały się wybory na Białorusi, wynik partii prezydenta Łukaszenki, czy też komitetu, który on by powołał, być może nie byłby zły. To jest typowa sytuacja w krajach totalitarnych, a myślę, że dzisiaj coraz więcej cech systemu totalitarnego nosi Białoruś" - podkreślił szef PJN.

Kowal pochwalił też rząd za dobrą organizację szczytu.

 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama