Agnieszka Huf: Mieszkam na Górnym Śląsku – w najgęściej zaludnionej części Polski. Zastanawiam się, czy gdyby nie szczepionki, taka gęstość zaludnienia byłaby w ogóle możliwa?
Prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska: To dobre pytanie. Wiele chorób, zwłaszcza wirusowych, przenosi się drogą kropelkową. Zagęszczenie ludności sprzyja przenoszeniu się takich chorób. Weźmy dla przykładu odrę – bardzo zakaźną chorobę wirusową. Jedna zakażona osoba może zainfekować od 16 do 18 kolejnych wrażliwych osób – nieuodpornionych. W przypadku grypy ten współczynnik wynosi 2. W tak gęstych populacjach infekcje roznoszą się błyskawicznie, dlatego szczepienia są kluczowe. Trzeba jednak pamiętać, że nie u każdego dają one 100 proc. odporności, co wynika z naszych indywidualnych różnic genetycznych.
Odra to chyba dobry przykład – przez lata była praktycznie niewidoczna, a teraz – kiedy spada odsetek wyszczepionych osób – coraz częściej pojawiają się ogniska tej choroby.
Tak, widać to wyraźnie w USA i Kanadzie, powrót choroby wynika bezpośrednio z niskiego poziomu szczepień. Wysoką ochronę zapewniają dwie dawki. Pierwszą podaje się między 12. a 14. miesiącem życia. Niemowlęta chronione są wcześniej przez przeciwciała od matki oraz tzw. strategię kokonową, czyli zaszczepienie osób z ich najbliższego otoczenia.
Czy nie staliśmy się ofiarami sukcesu szczepień? Nie widzimy już chociażby ludzi z niepełnosprawnościami wywołanymi polio, więc zapominamy o zagrożeniu. A to staje się paliwem dla ruchów antyszczepionkowych.
Niestety, muszę się zgodzić – szczepionki stały się ofiarą własnego sukcesu. Udało się wyeliminować groźne choroby, jak ospę prawdziwą czy polio – ogniska tej choroby występują jeszcze tylko w Afganistanie i Pakistanie. Nasi rodzice widzieli śmierć dzieci na krztusiec czy błonicę i skutki paraliżu dziecięcego, więc nie trzeba ich było zachęcać do ochrony. Dziś, gdy te choroby zniknęły z przestrzeni publicznej, uwaga skupia się głównie na niepożądanych odczynach poszczepiennych (NOP). Warto jednak pamiętać, że działania niepożądane ma każdy lek – wystarczy przeczytać ulotkę popularnego środka przeciwbólowego. Z punktu widzenia populacji korzyści ze szczepień zdecydowanie przeważają nad ryzykiem wystąpienia odczynów u niewielkiego odsetka osób.
A co z bezpieczeństwem? Dawne skandale, jak wadliwe serie szczepionek, rzutują na zaufanie do koncernów.
Rzeczywiście, takie zdarzenia miały miejsce w przeszłości, ale dzisiaj mamy najwyższe standardy bezpieczeństwa ich produkcji. W czasach, kiedy wprowadzane były szczepienia przeciwko ospie prawdziwej, różyczce czy polio, nie prowadzono badań klinicznych w taki sposób, jak to przebiega obecnie. Teraz preparaty podlegają rygorystycznym, wielofazowym badaniom. I tak, zdarza się, że w czwartej fazie badań klinicznych odkrywamy możliwość wystąpienia niezwykle rzadkich działań niepożądanych, co zresztą miało miejsce chociażby w przypadku szczepionki przeciwko COVID-19. Takie zdarzenia mogą podważać zaufanie społeczeństwa do szczepień i budzić emocje. Niemniej jednak te zdarzenia niepożądane mają mniejszy wpływ na zdrowie niż konsekwencje samych chorób. Powikłania po grypie, odrze czy SARS-CoV-2 są o wiele groźniejsze i częściej spotykane, konsekwencje choroby u osoby niezaszczepionej bywają dużo poważniejsze niż skutki uboczne szczepienia.
Myślę, że niepewność mogło też wzbudzić tempo wprowadzenia szczepień na COVID. Wiemy, ile lat upływa od informacji o wynalezieniu nowego leku do wprowadzenia go na rynek. Tymczasem szczepienia na koronawirusa pojawiły się błyskawicznie, co wzbudziło wątpliwości co do ich bezpieczeństwa.
Rzeczywiście przeciwnicy szczepień często podnoszą ten argument. Natomiast badania nad technologią mRNA rozpoczęły się 30 lat temu. Szczególnie mocno nasiliły się podczas epidemii koronawirusa w 2003 roku. Gdy wybuchła ostatnia pandemia, firmy bazowały na gotowych fundamentach. Nie było problemu z funduszami ani dziesiątkami tysięcy ochotników, co pozwoliło prowadzić etapy badań równolegle. Szczepionki początkowo dopuszczono warunkowo, a w ciągu roku uzyskały pełną rejestrację w głównych agencjach regulacyjnych.
14 maja przypada 230. rocznica wynalezienia pierwszej szczepionki – Edward Jenner wykorzystywał wydzielinę ze zmian powstających przy tzw. ospie krowiej, żeby szczepić na ospę prawdziwą. Dziś mamy inną technologię, ale założenie, które przyświecało Jennerowi, pozostaje takie samo?
Tak. Działanie Jennera podyktowane było obserwacją, że osoby, które przechorowały łagodną krowiankę, nie zapadały na ospę prawdziwą. I to intuicyjne założenie Jennera sprzed ponad 200 lat okazało się w 100 procentach trafione i leży u podstaw dzisiejszych szczepionek. Zmieniły się tylko metody ich pozyskiwania. Ta wynaleziona przez Jennera była jedyną, która wykorzystuje żywego wirusa. Później pojawiły się sposoby pozyskiwania drobnoustrojów w taki sposób, aby je osłabić czy zabić. Tak zmniejszano ryzyko wywołania choroby przez te wirusy, ale odpowiedź układu odpornościowego była taka sama. Kolejny etap to podawanie konkretnych białek drobnoustrojów, które są w pierwszej kolejności widziane przez układ odpornościowy. Aż do najnowszej technologii, mRNA, która polega na tym, że podaje się tylko informację o produkcji białka w komórce, żeby wystąpiła reakcja układu immunologicznego.
Dlaczego w XXI wieku, mając odpowiednią technologię, wciąż nie potrafimy wyprodukować skutecznych szczepionek na HIV czy malarię?
To wynika z biologii drobnoustrojów. Zarodziec malarii ma złożony cykl rozwojowy w organizmie człowieka. Może też maskować się różnymi innymi białkami, przez co myli układ odpornościowy i dlatego tak trudno jest stworzyć szczepionkę. W tej chwili istnieje szczepionka o skuteczności około 30 proc., która daje dość dobre efekty. Podobnie wyglądają prace w przypadku wirusa HIV, który jest bardzo zmienny. U osoby, która jest zakażona wirusem HIV, pojawia się wiele jego różnych nowych odmian, które za każdym razem pobudzają na nowo odpowiedź odpornościową. Trwają intensywne prace nad szczepionką na tego wirusa.
W jaki sposób rozmawiać z osobami, które nie mają zaufania do szczepień, boją się podać je swoim dzieciom?
Staram się od lat popularyzować wiedzę na temat szczepień i przeciwstawiać się dezinformacji. Przede wszystkim należy uspokoić lęki rodziców, szczególnie kiedy strona antyszczepionkowa celowo je pobudza, ponieważ w emocjach podejmuje się wiele niesłusznych decyzji. Natomiast zarówno ja, jak i inni popularyzatorzy nauki staramy się uspokajać te emocje i pokazywać, co może dziecko czekać, kiedy przejdzie infekcję, jakie jest ryzyko powikłań poinfekcyjnych. Mówić o konsekwencjach, choćby o tym, że odra może wyłączyć odpowiedź immunologiczną takiego dziecka nawet na okres kilku lat. Podczas tych kilku lat zwiększa się ryzyko zachorowania na różne inne choroby infekcyjne. Spokojna edukacja i rzetelne fakty to jedyna droga.








