Paulina Hennig-Kloska wchodziła w czwartkowy poranek do Sejmu pewna siebie. Wiedziała, że obroni stanowisko, bo politycy Polski 2050 - zgodnie zresztą z wypowiedzianym w jednym z wywiadów proroctwem Aleksandry Leo - po próbach wyróżnienia się i "fikaniu", zagłosują zgodnie z wolą premiera Donalda Tuska, "z podkulonym ogonkiem". I tak się w istocie stało. Za odwołaniem ministry klimatu z koalicji rządzącej zagłosował tylko poseł Bartosz Romowicz, którego bieszczadzki okręg wyborczy obrywa na skutek prowadzonej przez resort polityki bezpośrednio.
Ocena kiepskiej pracy Pauliny Hennig-Kloski nie miała tu wielkiego znaczenia. O tym, że to jeden z najgorszych szefów resortów w tej kadencji wiedzą wszyscy. Obecna szefowa klubu Centrum, rekomendowana na ministerialne stanowisko jeszcze przez partię Szymona Hołowni, regularnie zbiera krytykę nie tylko ze strony opozycji czy byłych kolegów z Polski 2050, ale także z ust innego koalicjanta - PSLu. I trzeba przyznać, że na tę krytykę pracuje od samego początku. Jej pierwsza wielka afera - wiatrakowa - eksplodowała w mediach jeszcze przed zaprzysiężeniem rządu - pod koniec listopada 2023 r. Ale lista przewinień Hennig-Kloski jest znacznie dłuższa. Wśród najważniejszych warto wymienić choćby brak reakcji na niekorzystne z punktu widzenia Polski rozwiązania w zakresie unijnej, zielonej transformacji (m.in. rosnące koszty handlu emisjami), złe wprowadzenie systemu kaucyjnego i afera związana z programem Czyste Powietrze.
Ostatni z zarzutów budzi zresztą szczególne oburzenie. Ofiarami źle funkcjonującego systemu padli bowiem ludzie w społeczeństwie najsłabsi, ubożsi, którzy mieli być głównymi beneficjentami programu, a w praktyce bardzo często popadli w potężne długi, stając się ofiarami nieuczciwych wykonawców. Ci ostatni pobrali warte dziesiątki, a często ponad sto tysięcy złotych dotacje, przewidzianych prac termomodernizacyjnych nie wykonali, a państwo polskie ściga dziś za brak realizacji zadania nie oszustów, a ludzi, którzy padli ich ofiarami. Minister klimatu tłumaczy, że to wszystko wina PiSu, bo program był dziurawy jeszcze w poprzedniej kadencji sejmu. Tyle tylko, że to za rządów Donalda Tuska zwiększono pulę środków w programie, kryzys znacznie pogłębiono, zamiast najpierw uszczelnić luki, z których korzystali nieuczciwi wykonawcy. Zwróciła na to uwagę w debacie przed głosowaniem nad przyszłością Hennig-Kloski posłanka Partii Razem Marcelina Zawisza:
- Ministerstwo wiedziało na temat nieprawidłowości, nie robiło nic, mimo, iż miało informacje od strony społecznej, jakie działania należy podjąć, żeby ten program uszczelnić i żeby nieprawidłowości wyplenić. Nie zrobiono absolutnie nic. Po jakimś czasie program wyłączono, do jednego worka wrzucając uczciwych i nieuczciwych - mówiła.
Zawisza zwróciła jednak uwagę na jeszcze jeden skutek tych działań: w gruzach legło zaufanie obywateli do państwa, a zaufanie do unijnej, zielonej transformacji spadło jeszcze bardziej. I trudno się temu dziwić, w sytuacji, gdy osoby zgłaszające się po dofinansowania do wymiany pieców czy termomodernizacji domów, zamiast nowych źródeł ogrzewania i ocieplenia swoich domów otrzymali wezwania komornicze do zwrotu dotacji, których nie widzieli nawet na oczy. Państwo polskie okazało cała swoją stanowczość wobec ofiar, kompletnie ignorując oszustów. Stara zasada: państwo silne wobec słabych i słabe wobec silnych.
Pomimo tego wszystkiego dzisiejszy triumf minister był kwestią formalności. Jedyną możliwością jej odwołania było zagłosowanie przez posłów Polski 2050 przeciwko ministrowi z własnego rządu. A to, pomimo ostrego konfliktu między ugrupowaniem Hołowni a ich była koleżanką i przywódczynią secesjonistów, byłoby już zbyt wiele. I to nie tylko dlatego, że premier Tusk zagroził, że dla głosujących przeciwko minister klimatu nie m miejsca w koalicji. Po prostu w Polsce 2050 umieją liczyć i czytać sondaże. A te są obecnie dla nich bezlitosne i rzadko kiedy dają wynik wyższy niż granica błędu statystycznego. I takie poparcie w obliczu braku potencjalnego koalicjanta do wyborczej listy, oznaczałoby koniec żółtego epizodu w polskiej polityce.
Ugrupowanie Szymona Hołowni znalazło się więc w potrzasku. Kilkunastu posłów musiało wybierać między anihilacją a upokorzeniem. Wybrali drugie, licząc, że przy okazji zyskują nieco ponad rok czasu na odbudowanie wiarygodności przed wyborcami. Paradoksalnie bowiem odejście opowiadającej się za pełną lojalnością wobec premiera Tuska (lub - jak mówią inni - żebrzącej o miejsca na listach KO w przyszłych wyborach) połowy ugrupowania, może być dla pozostałych szansą na zbudowanie wyrazistego wizerunku partii środka. Wizerunku, którym przecież świętej pamięci Trzecia Droga ujęła serca 14 procent wyborców, a który to wizerunek rozmieniono na drobne w pierwszym roku po wyborach, gdy partia bezkrytycznie realizowała politykę narzuconą przez premiera. Potężny kryzys, w jakim znalazła się Polska 2050 ma swoje pierwotne źródło w tamtym okresie, gdy znaczna część zmęczonych duopolem i zawiedzionych uległością ugrupowania Hołowni wyborców odeszła w stronę Konfederacji. Tyle tylko, że odbudowa wizerunku Trzeciej Drogi nie będzie łatwa, może nie zakończyć się sukcesem i z całą pewnością wymaga czasu. Ceną zyskania tego czasu było to, że dziś klub Polski 2050 zagłosował przeciwko odwołaniu Pauliny Henning-Kloski. Zagłosował, ale się nie cieszył.
PAP/Albert Zawada








