Wsierpniu 2020 roku, tuż przed podpisaniem przez Izrael tzw. porozumień abrahamowych z czterema krajami muzułmańskimi, doszło do spięcia rządu Binjamina Netanjahu z jednym z nich – Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi.
Izraelskie władze sprzeciwiły się planom zakupu przez ZEA amerykańskich samolotów F-35 i mocno lobbowały w Waszyngtonie, aby do transakcji nie doszło. W specjalnym oświadczeniu premier Netanjahu stwierdził, że jego kraj nie zgodzi się na sprzedaż tak nowoczesnego uzbrojenia jakiemukolwiek państwu na Bliskim Wschodzie.
Ostatecznie Jerozolima swoje obiekcje wycofała (zapewne w wyniku kontrnacisków Białego Domu), ale sygnał był bardzo wyraźny: „Niezależnie od tego, z kim normalizujemy nasze relacje, nie możemy pozwolić na to, aby ktoś złamał regionalną hegemonię Izraela”. Czy będą to Zjednoczone Emiraty Arabskie, Iran, czy Arabia Saudyjska. Pod tymi czy innymi rządami. Kto bowiem jest w stanie zagwarantować, że za kilka lub kilkanaście lat w Dubaju, Rijadzie czy jordańskim Ammanie do władzy nie dojdą islamscy ekstremiści? Wówczas wspomniane F-35 stanowiłyby dla Izraela śmiertelne zagrożenie, podobnie jak od wielu lat zagrożeniem są rządzący w Teheranie ajatollahowie.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








