Gospodynią na plebanii w mojej rodzinnej parafii była kiedyś pani Filomena, kobieta zawsze uśmiechnięta i życzliwa. Kto ją trochę znał, ten wiedział, że to nie była tylko sprawa jej osobowości – to był dar, wynikający z jej relacji z Bogiem.
Pamiętam, jak kiedyś wstąpiłem do kościoła na chwilę modlitwy. Myślałem, że jestem sam, bo panowała zupełna cisza, ale gdy minęło kilkanaście minut zauważyłem, że przed tabernakulum ktoś klęczy. To była pani Filomena. Zasłaniał ją ołtarz, dlatego jej nie widziałem. Wstrzymałem oddech – Oni rozmawiali. Ta scena pozostała mi w pamięci do dziś, podobnie jak opowiadania Filomeny o duszach czyśćcowych, które wielokrotnie prosiły ją o modlitwę. Mówiła mi o tym tak naturalnie, jakby chodziło o zwykłe kontakty międzyludzkie.
Pewnego dnia – była akurat uroczystość Zwiastowania Pańskiego – moja mama przyszła z porannej Mszy i powiedziała: „Wiesz, kto poszedł do nieba? Pani Filomena”.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








