I trudno się dziwić. Bo przez lata przyzwyczailiśmy się do luksusu. Do tego, że Polak skacze daleko. A najlepiej – bardzo daleko. A jak nie skacze, to zaczyna się narodowa analiza: wiatr, belka, trener, kombinezon, a na końcu oczywiście „kiedyś to było”.
A w centrum tego wszystkiego przez lata był kończący karierę Kamil Stoch. Ten weekend to Letalnica w Planicy. To miejsce, w którym skoczkowie przekraczają swoje granice, a my zaczynamy się zastanawiać, czy to jeszcze jest sport, czy już wyczyny kaskaderskie. I dobrze by było, żeby Kamil Stoch nie musiał w tych dniach czuć tej całej narodowej spiny.
On przecież nic już nie musi udowadniać. A jeśli coś w ogóle „musi”, to chyba tylko odpocząć. Niech to będą jego loty. Długie, krótkie – nieważne. Byle jego.
Bo prawda jest taka, że Kamil Stoch zrobił już wszystko. I trochę więcej. Jest najbardziej utytułowanym skoczkiem w historii polskich skoków narciarskich. Wygrał tyle, że spokojnie można by obdzielić tym kilku zawodników i jeszcze zostałoby „na zapas”.
A przy tym nigdy nie próbował być kimś więcej niż sportowcem. Żadnego celebryckiego zadęcia, żadnych wielkich manifestów. Skakał, wygrywał, schodził, dziękował. I tyle. Skromny góral z Zębu.
My, kibice, mamy w tym wszystkim jedną zasługę: przez lata skutecznie przywłaszczaliśmy sobie jego sukcesy. „Wygraliśmy”, „znowu mamy złoto”, „nasz Stoch”. Trochę jakbyśmy sami tam lecieli – tylko wygodnie, z kanapy. I bardzo dobrze. Sport bez tego nie ma sensu.
Dziś wystarczy powiedzieć jedno: dzięki. Bez pomników, bez wzruszeń na siłę. Po prostu uznać, że przez kawał czasu było naprawdę dobrze.
A jeśli ktoś się martwi, co dalej, to spokojnie – świat się nie kończy. Już są następni. Choćby Kacper Tomasiak, który swoimi medalami na ostatnich igrzyskach olimpijskich pokazał, że jeszcze ktoś może nam narobić przyjemnych problemów z wyborem kanału w weekend.
A na razie – Planica. I Stoch na rozbiegu. Dobrze by było, żeby to był jego weekend. Bez presji, bez oczekiwań, za to z czystą przyjemnością z latania. Bo jeśli ktoś zasłużył, żeby po prostu sobie polatać, to właśnie on.
A my? Możemy po prostu popatrzeć, jak ktoś jeszcze raz robi coś, czego sami – umówmy się – raczej nie spróbujemy.
Panie Kamilu! Dziękujemy!
Polak Kamil Stoch w serii kwalifikacyjnej przed konkursem indywidualnym Pucharu Świata w lotach narciarskich w słoweńskiej Planicy.
PAP/Grzegorz Momot








