Słynna zapowiedź padła w kampanii wyborczej 2023 roku. Wówczas Donald Tusk przekonywał, że państwo ma narzędzia; że wystarczy chcieć, że to wszystko kwestia decyzji i paliwo będzie tanie. Dziś widzimy, ile warte były te opowieści.
Bo prawda jest brutalna i nie ma nic wspólnego z konferencjami prasowymi. Ceny paliw nie zależą od tego, kto akurat rządzi w Warszawie. Zależą od tego, czy świat płonie. A płonie.
Najpierw pandemia, która rozbiła globalną gospodarkę. Potem wojna na Ukrainie w 2022 roku, która wystrzeliła ceny energii i paliw. W Polsce zobaczyliśmy to natychmiast: rekordowe ceny na stacjach i inflację, która dla wielu rodzin była po prostu ciosem w domowy budżet. I właśnie wtedy zaczęła się polityczna gra.
Ówczesna opozycja – z Koalicją Obywatelską na czele – tłumaczyła Polakom, że za drożyznę odpowiada rząd Mateusza Morawieckiego. Że to jego decyzje sprawiły, iż paliwo drożeje, a ceny w sklepach rosną. Narracja była prosta, chwytliwa i – co najważniejsze – wygodna.
Problem w tym, że była tylko połową prawdy. Bo o ile rządy mogą łagodzić skutki kryzysów, o tyle nie sterują ceną baryłki ropy w Londynie ani tym, czy tankowce przepływają przez Cieśninę Ormuz. A właśnie tam rozgrywa się dziś kluczowy dramat.
Atak USA i Izraela na Iran pod koniec lutego uruchomił efekt domina. Konflikt rozlał się na Bliski Wschód, a zamknięcie Cieśniny Ormuz – jednego z najważniejszych szlaków transportu ropy i gazu – uderzyło w globalne dostawy. Rynek zareagował natychmiast. Ceny ropy wystrzeliły. A za nimi – ceny paliw.
W Polsce widać to czarno na białym. Jeszcze 28 lutego hurtowa benzyna kosztowała w Orlenie 4466 zł za metr sześcienny. Dziś to już 5688 zł. Diesel? Skok z 4809 zł do ponad 7100 zł. Wzrosty sięgające kilkudziesięciu procent. I naprawdę niewiele zmienia fakt, że dziś rano ogłoszono „obniżkę” hurtowych cen o 45 zł na metr sześcienny benzyny i 87 zł za metr sześcienny oleju napędowego. To nie jest realna ulga. To jest kosmetyka.
czytaj dalej poniżej
Świat wstrzymany w wąskim gardle. Ormuz, Iran i polski portfel
Owszem, państwo może próbować łagodzić sytuację. Obniżyć marże, manipulować podatkami, wprowadzać promocje weekendowe. Orlen może „zejść z marży niemal do zera”. Minister może mówić o akcyzie i VAT. Tylko że to wszystko są działania na marginesie problemu. Bo problem jest globalny.
I dlatego konsekwencje są łatwe do przewidzenia. Droższe paliwo oznacza droższy transport. Droższy transport oznacza droższe wszystko: od chleba po usługi. Inflacja – która dopiero co zaczęła wyhamowywać – znów dostanie – nomen omen – paliwo do wzrostu.
Wraca drożyzna. Ta sama drożyzna, którą jeszcze niedawno tłumaczono wyłącznie „złym rządem”. Dlatego dziś warto powiedzieć jasno: żadna władza w Polsce – ani PiS, ani obecna koalicja – nie ma magicznych narzędzi do sterowania cenami paliw na świecie. Może reagować, może łagodzić, może kupować czas. Ale nie może odwrócić globalnych procesów. A już na pewno nie może zagwarantować ceny benzyny na poziomie 5,19 zł. Chyba że – i tu wracamy do punktu wyjścia – zaczniemy liczyć nie za litr. Tylko za pół litra.
I może właśnie to jest najważniejsza lekcja. Politycy zawsze będą obiecywać. Zawsze będą upraszczać. Zawsze będą wskazywać winnych – najlepiej swoich poprzedników.
Ale rachunek i tak zapłacimy my. Nie przy urnie wyborczej. Tylko przy dystrybutorze.
Ceny paliw zmieniają się z niesamowitą dynamiką. Te z dzisiejszego poranka (24 marca) na jednej z wrocławskich stacji benzynowych są już nieaktualne. Niestety po raz kolejny zostały podniesione.
Karol Białkowski /Foto Gość
.









