Nie ma ostatnio tygodnia bez informacji o kolejnych zmianach, mających na celu ratowanie tonącego systemu ochrony zdrowia. Tegoroczny deficyt oficjalnie szacowany jest na 23 miliardy złotych, nieoficjalnie – może sięgnąć nawet 40 mld. Pomysłów na załatanie dziury przybywa – niestety każdy z nich oznacza, że to pacjent poniesie konsekwencje.
Nie minął jeszcze tydzień, od zapowiedzi prezesa NFZ Filipa Nowaka o wprowadzeniu w ramach oszczędności ograniczeń na nielimitowane od kilku lat tzw. ambulatoryjne badania kosztochłonne: rezonans magnetyczny, tomografię komputerową, gastroskopię i kolonoskopię. Nowy pomysł jest następujący: procedury wykonywane w ramach limitu zapisanego w umowie finansowane będą na dotychczasowych zasadach. Za wszystko, co wykroczy poza zakontraktowany poziom świadczeń, Fundusz zapłaci placówkom tylko 40 proc. stawki. I to zapłaci nie po kwartale, jak dotychczas (choć kilkumiesięczne opóźnienia w regulowaniu należności za świadczenia ponadlimitowe przez NFZ stały się już smutną normą), ale dopiero po roku. Takie rozwiązanie miałoby przynieść oszczędność 800 mln zł rocznie.
„Cięciem byłoby wprowadzenie limitów na te świadczenia” – mówił prezes Nowak podczas odbywającego się w ubiegłym tygodniu w Katowicach Kongresu Wyzwań Zdrowotnych. Lecz czym będzie przyjęcie tego „racjonalizatorskiego” pomysłu prezesa NFZ, jeśli nie wprowadzeniem nieformalnych limitów? Przecież mało która placówka pozwoli sobie na to, żeby przeprowadzać badania, za które dostanie tylko 40 proc. stawki, i to dopiero po roku.
W poniedziałek gruchnęła kolejna wiadomość – tym razem na temat ograniczeń, które mają objąć świadczenia z zakresu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej (AOS). Zasada ma być taka sama, jak w przypadku badań kosztochłonnych – powyżej zakontraktowanych w umowie świadczeń NFZ zapłaci tylko 40 proc. stawki i to po roku. Limity na obydwa rodzaje świadczeń zostały zniesione 1 lipca 2021 roku jako jedno z działań w ramach Polskiego Ładu. I znowu – oficjalnie mówi się o „wprowadzeniu stawki degresywnej”, ale zmiana oznacza wprowadzenie tylnymi drzwiami limitów na wizyty u specjalistów.
Co to będzie oznaczać dla pacjentów? Nic dobrego. Ci, których na to stać, skorzystają z prywatnej opieki medycznej. Pozostali będą zgłaszać się na – i tak już przepełnione – SOR-y. Wrócą też szpitalne pobyty diagnostyczne – pacjenci będą kierowani na oddziały szpitalne, aby wykonać badania, które można wykonać ambulatoryjnie. A raczej można by było wykonać, gdyby nie kolejki, które będą skutkiem wprowadzonych limitów. A przecież hospitalizacja kosztuje system wielokrotnie więcej niż wykonanie tych samych badań ambulatoryjnie.
Na tym nie koniec. Porozumienie Rezydentów OZZL poinformowało, że w województwie śląskim wprowadzony ma zostać zmienny dyżur niektórych oddziałów (prawdopodobnie chodzi o okulistykę) w dwóch szpitalach – Jastrzębiu Zdroju i Rybniku. Placówki te oddalone są o około 30 kilometrów. Przez połowę miesiąca całodobowo ma działać oddział w jednym mieście, a w drugim tylko za dnia. W połowie miesiąca pacjentów wymagających hospitalizacji trzeba będzie przewieźć transportem medycznym z jednego szpitala do drugiego. Karetką przewożony będzie również pacjent, który zgłosi się na izbę przyjęć szpitala w Rybniku, a dyżur będzie pełniła właśnie jastrzębska placówka – i odwrotnie. Pomysł jest absurdalny – pozostaje mieć tylko nadzieję, że pozostanie tylko na papierze.
🥇“Złote” remedia na zadłużone szpitale🥇
— Porozumienie Rezydentów OZZL (@Rezydenci) 16 marca 2026
💰W dobie kryzysu finansowego w ochronie zdrowia szuka się różnych pomysłów na poprawę sytuacji. Pośród nich są pomysły niezłe, trochę gorsze albo podobne jak ten na którym chcemy się skupić.
🏥Na jej trop nakierowała nas jedna z… pic.twitter.com/PLM0yQbgbT
Wszystko to piszę tuż po zakończonym spotkaniu przedstawicieli resortu zdrowia, związków zawodowych i pracodawców, którzy rozmawiali o zamrożeniu tegorocznych podwyżek medyków. Ministerstwo Zdrowia proponowało przesunięcie lipcowej waloryzacji płac medyków na styczeń 2027 oraz spowolnienie dynamiki wzrostu wynagrodzeń, na to jednak nie zgodziła się strona społeczna. 1 lipca pensje personelu medycznego wzrosną więc o 8,82 proc. Wzrost ten nie obejmie wynagrodzeń medyków, zatrudnionych na kontraktach, czyli umowach cywilnoprawnych. To wśród nich najczęściej zdarzają się kominy płacowe – pojedynczy specjaliści, zarabiający ponad 100 tys. złotych miesięcznie, którzy sami negocjują z placówkami wysokość swoich wynagrodzeń.
Celem corocznych podwyżek miało być zahamowanie odpływu kadr medycznych do sektora prywatnego i zainteresowanie młodych ludzi zawodami medycznymi. Oba założenia udało się spełnić, ale za wysoką cenę – w niektórych szpitalach koszt wynagrodzeń personelu pochłania nawet 90 procent budżetu placówki. I o ile nikt nie ma wątpliwości, że za ciężką i odpowiedzialną pracę należy się odpowiednie wynagrodzenie, to nie da się pominąć pytania, czy ich koszty muszą ponosić pacjenci.
Podczas sesji otwarcia ubiegłotygodniowego Kongresu Wyzwań Zdrowotnych jeden z panelistów zadał pytanie, czy składka zdrowotna nie powinna zależeć od postaw prozdrowotnych obywatela. Wskazał, że może słuszne byłoby obniżenie składki dla osób, które dbają o profilaktykę. I odwrotnie – wyższą składką mieliby zostać obciążeni obywatele, nadużywający szkodliwych substancji. Panelista wymienił alkohol, nikotynę i nadmierne spożycie cukru.
Jasnej odpowiedzi nie uzyskał. Dyskusja toczyła się dalej. W przerwie udałam się do bufetu kawowego, przygotowanego przez organizatorów. Oprócz gorących napojów dla uczestników dostępne były przekąski: pączki z lukrem, serniczki z czekoladą, croissanty z różnorodnym nadzieniem. Tak – wszystkie serwowane przekąski zawierały dużą ilość cukru. Nie było żadnych owoców, kanapek – nic, co spełniałoby kryteria zdrowej żywności. Przypomniałam sobie sugestię, żeby osoby nadużywające cukru obciążyć wyższą składką zdrowotną. Lekarzu, ulecz sam siebie…
Ten obrazek z Kongresu Wyzwań Zdrowotnych wydaje mi się świetną ilustracją tego, co dziś dzieje się w ochronie zdrowia. Wszyscy wiedzą, że system wymaga radykalnej, głębokiej i wielopłaszczyznowej reformy – bez niej wpompowywanie kolejnych miliardów na niewiele się zda. Decydenci „pochylają się z troską” nad problemami, ze zrozumieniem kiwają głowami… a później wracają do dawnych przyzwyczajeń. A jeśli trzeba dokonać jakichś cięć, to najlepiej zrobić to kosztem pacjentów. Oni się nie upomną, nie zbuntują. Chorzy rzadko mają na to siłę.
Unsplash








