Po co Amerykanom atak na Iran?

Chociaż Iran rzeczywiście jest jednym ze źródeł destabilizacji Bliskiego Wschodu i aktywnie wspiera Rosję w wojnie przeciw Ukrainie, wojskowa interwencja USA i Izraela nie daje żadnej gwarancji obalenia tamtejszego reżimu i jest grą o wysokiej stawce ryzyka.

Gdy w połowie tygodnia prezydent Donald Trump wygłaszał w amerykańskim Kongresie coroczne orędzie o stanie państwa, zapowiadał, że zależy mu na pokoju, ale choć preferuje pokojowe rozwiązanie napięć z Iranem, nadal nie usłyszał jasnej deklaracji ze strony Teheranu, że ten nigdy nie będzie mieć broni jądrowej. Zasugerował jednocześnie, że ta kwestia stanowi dla jego administracji jeden z priorytetów w polityce zagranicznej i jeśli taka będzie potrzeba, nie wyklucza rozwiązań siłowych: "Moja administracja nigdy nie pozwoli, by największy na świecie sponsor terroryzmu – którym [Iran] bez wątpienia jest – wszedł w posiadanie broni jądrowej. To się nie może wydarzyć" - podkreślił. 

W chwili, gdy padały te słowa, wszystko musiało już być gotowe do ataku, który wraz z Izraelem Stany Zjednoczone przeprowadziły w sobotę rano. Czy gdyby władze w Teheranie ugięły się i zapowiedziały przerwanie swojego programu budowy bomby atomowej do tej operacji by nie doszło? Raczej nie, ale o tym za chwilę.

Sobotni atak rozpoczęła armia izraelska. Wkrótce potem do ostrzału dołączyli Amerykanie, którzy od dłuższego czasu koncentrowali w regionie siły, między innymi dwie grupy lotniskowców. - Naszym celem jest obrona narodu amerykańskiego poprzez eliminację bezpośrednich zagrożeń ze strony irańskiego reżimu - poinformował prezydent USA Donald Trump. O tym, na ile ta obrona będzie skuteczna, przekonamy się za jakiś czas.

Faktem jest jednak, że chociaż, podobnie jak przed czterema laty, do ataku doszło w lutowy poranek, Iran nie jest niewinną ofiarą imperialnych zapędów agresora, tak, jak taką ofiarą była w 2022 r. Ukraina. Teheran był od lat bardzo aktywnym źródłem zamętu, państwem, które robiło wiele, by destabilizować sytuację nie tylko na Bliskim Wschodzie. Ajatollahowie mają przecież na swoim koncie nie tylko regularne i hojne wspieranie takich organizacji terrorystycznych, takich jak Hezbollach czy Hamas (sprawców m.in. ataku na izraelskich cywili w październiku 2024 r.), ale również pomoc Rosji, która szeroko wykorzystuje opracowane w Iranie drony bojowe Shaheed do bombardowania ukraińskich miast. Irańskie władze nie robią zresztą tego, by polepszyć warunki życia własnych obywateli. Dziesiątki tysięcy z nich straciły życie, gdy Chamenei i spółka utopili we krwi masowe protesty na przełomie 2025 i 2026 r. Ta największa po 1979 r. rewolucja w Iranie, która objęła swoim zasięgiem około 400 miast i miejscowości, nie była przecież spowodowana brakiem dostępu do sojowej latte na owsianym mleku, a tragiczną sytuacją, w jakiej znaleźli się zwykli Irańczycy w kraju rządzonym przez religijnego dyktatora. Kraju, w którym żyją jeszcze osoby pamiętające czasy świetności, a który dziś zmaga się z sięgającą 50 procent inflacją, wysokim bezrobociem i obsesją władz, które zamiast skoncentrować się na rozwiązywaniu potężnych problemów wewnętrznych, inwestują niemal całe swoje zasoby w świętą wojnę przeciwko Izraelowi i wszystkiemu, co choćby kojarzy się z kulturą świata zachodniego. I właśnie z tych powodów sami Irańczycy nie będą bronili swojego rządu, tak, jak w obronie własnego państwa stanęli cztery lata temu Ukraińcy. I chociaż ulice Teheranu są dziś tak samo zakorkowane przez uciekających mieszkańców, jak w lutym 2022 r. były ulice Kijowa, w wielu głowach zapewne walczą ze sobą różne emocje, a strach przeplata się z niewielkim promieniem nadziei, że być może, jeśli uda się przetrwać tę zawieruchę, wreszcie nad Iranem zaświeci słońce wolności.

Tyle tylko, że wojna to eksplozja napięć, której rezultatów nie da się przewidzieć. Nie tylko nie wiemy na ile amerykańsko-izraelski atak zdoła skutecznie obalić Chameneiego i jego watahę. Nawet, jeśli uda się tego dokonać, trudno przewidzieć, jak potoczą się dalsze losu kraju. Historie amerykańskich interwencji w Iraku czy Afganistanie pokazują, że za obaleniem dyktatora często idzie nie tyle wolność, co długotrwały chaos. 

Sama wojna jest otwarciem pudełka, którego zawartości nie znamy. I zawsze budzi obawy o przyszłość. Szczególnie, że nie mamy pewności, jakie są rzeczywiste zamierzenia Stanów Zjednoczonych i  Izraela. Chociaż terrorystyczna i destabilizacyjna rola Iranu nie ulega wątpliwości, na kilka godzin przed atakiem minister spraw zagranicznych Omanu przekazał, że Teheran zgodził się "na zerowe gromadzenie zapasów wzbogaconego uranu". To sugeruje, że kwestia irańskiego programu nuklearnego z całą pewnością nie była jedyną przyczyną ataku. Niektórzy komentatorzy zwracają uwagę, że głównym odbiorcą irańskiej ropy są Chiny i to łączy ten kraj z Wenezuelą, która również na potęgę eksportowała ropę do Chin, zanim w styczniu Amerykanie nie obalili tamtejszego prezydenta-dyktatora Nicolasa Maduro. A to właśnie rywalizacja z Chinami jest dla Amerykanów najważniejszym długoterminowym celem w polityce zagranicznej i osłabianie sieci chińskich sojuszy jest krokiem na drodze do osłabiania samego Państwa Środka.

Ale czy uderzenie na Iran przyniesie Amerykanom i Izraelowi więcej korzyści niż strat? Tego na tym etapie nie wie nikt. Krótko po rozpoczęciu operacji Irańczycy rozpoczęli uderzenia odwetowe, irańskie rakiety eksplodowały m.in. w Hajfie i amerykańskiej bazie w Bahrajnie. Sami zaś Amerykanie, po doświadczeniu Iraku i Afganistanu, obawiają się uwikłania Stanów Zjednoczonych w wieloletni konflikt i ewentualnych działań odwetowych. Według różnych badań opinii publicznej przeprowadzonych w ostatnich dwóch miesiącach, rozwiązaniu militarnemu sprzeciwiało się od 53 do nawet 70 procent badanych. Prezydent Trump postanowił jednak działać na przekór sondażom i już teraz ogłosił, że to początek zakrojonych na szeroką skalę działań. 

Amerykańsko-izraelski atak na Iran nie jest operacją pozbawioną podstaw. Ale to gra o bardzo wysoką stawkę, która, w razie niepowodzenia może zakończyć się destabilizacją jeszcze większą, niż ta, jaką widzimy na Bliskim Wschodzie obecnie. 

Po co Amerykanom atak na Iran?   Amerykański lotniskowiec USS Gerald R. Ford PD

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wojciech Teister Wojciech Teister Dziennikarz, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego” oraz kierownik działu „Nauka”. W „Gościu” od 2012 r. Studiował historię i teologię. Interesuje się zagadnieniami z zakresu historii, polityki, nauki, teologii i turystyki. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Aletei”, „Stacji7”, „NaTemat.pl”, portalu „Biegigorskie.pl”. W wolnych chwilach organizator biegów górskich.