Kościół od dwóch tysięcy lat uczy się trudnej sztuki walki z pokusami. Zwłaszcza że – jak mówi psalm – „wiele nieszczęść spada na sprawiedliwego, lecz ze wszystkich Pan go wybawia” (Ps 34,20).
Katechizm stale przypomina nam o istnieniu trzech zasadniczych wrogów nadziei: o ciele, świecie i demonie. I choć pokusy są nieraz dotkliwe i męczące, to zarazem są konieczne. Bez nich nigdy nie poznalibyśmy ani siebie, ani Boga, który zbawia. Bylibyśmy infantylni, ponieważ dojrzewaniu służy trening życia. „Zabierz mi pokusy, a się nie zbawię” – mówił św. Antoni. Jezus przechodzi przez próbę pustyni, by w naszym imieniu stoczyć walkę z diabłem. Pokusy szatana – zapewnić sobie chleb, zmusić Boga do ratunkowego działania przez rzucenie się głową w dół z narożnika świątyni i pójść na kompromis z demonem w sprawie podboju świata – mają na celu odwieść Chrystusa od pójścia na krzyż, by tam definitywnie wygrać dla nas walkę z grzechem i śmiercią. Diabeł roztacza przed Zbawicielem alternatywne drogi realizacji Jego misji, byle nie w harmonii z zamysłem Boga. Pokusa „poprawiania Boga” w założeniach duszpasterskich i naprawianiu świata towarzyszy Kościołowi od początku. Pokusą jest „oswajanie” Chrystusa, byle tylko nie głosić Jego krzyża, i trywializowanie Jego życia i misji, by ludzie nie musieli dokonywać wyboru i wyrzeczeń zgodnie z wymogami Ewangelii. Opinia publiczna naciska na Kościół, aby porzucił wszelkie roszczenia do posiadania prawdy objawionej na wyłączność. Religia, jaką chcemy wyznawać, przypomina raczej „robienie wszystkim dobrze” i utożsamia się z łagodnym humanizmem, przejawiając awersję do stawiania ludziom konkretnych tez i wymogów moralnych.
Od lat rozwija się pokusa, by poprawić sytuację Kościoła przez przemilczanie niektórych tematów lub bagatelizowanie trudnych wyzwań. Kościół winien przypominać sklep sprzedający różne towary, a jeśli niektóre marki nie sprzedają się dobrze, po prostu należy je wycofać. Tymczasem istniejemy po to, by zajmować się sprawami o randze najwyższej, życiem nadprzyrodzonym, objawieniem otrzymanym od Syna Bożego. Niektóre z Jego nauk bywają trudne i prowokacyjne, ale w dłuższej perspektywie prowadzą do prawdziwego życia. Ceną płaconą za wytrwałość jest często sprzeciw i odrzucenie. „Nie ma nic równie niebezpiecznego – pisał bp Joseph Strickland – jak Kościół nie do końca katolicki. Kościół, który błogosławi, lecz nie nawraca; który wszystkich przygarnia, ale nikogo nie wzywa do skruchy; który nieustannie przemawia, lecz bez mocy ani jednoznaczności. Taki Kościół nie ratuje dusz. Usypia je i znieczula. Dostarcza ludziom dużo religijności, by uciszyć ich sumienia, lecz nie głosi prawdy, by zmienić serca. To nie jest czas na ostrożny katolicyzm, na nieśmiałe aluzje i uprzejme uniki. Wybiła godzina świadków. Składanie zaś świadectwa zawsze ma swoją cenę”. „Idź precz, szatanie”. Pocieszające jest to, że Jezusowi w pokusach doznawanych na ponurej pustyni towarzyszył Duch Święty. Lubię modlitwę św. Johna Henry’ego Newmana: „Prowadź mnie, Światło! Tyś zawsze trwało przy mnie, gdym przez głuchą ciemność, bór, pustynię błąkał się dumny. O, czuwaj nade mną, aż mrok przeminie, aż świt odsłoni te cenne postaci, którem niegdyś ukochał, a którem stracił”.
Ks. Robert Skrzypczak Ewangelia z komentarzem