Kolejne odejścia z partii nie są już epizodem ani „różnicą zdań”. To raczej polityczna ewakuacja z projektu, w którym pierwotna energia dawno wyparowała, a jej miejsce zajęła nerwowa walka o to, co jeszcze zostało do podziału. Tłumaczenie, że problemem jest brak akceptacji wyniku wyborów przewodniczącego, brzmi jak komunikat z wewnętrznego biuletynu, nie jak opis rzeczywistości. Bo prawdziwy kłopot jest znacznie prostszy: po odejściu ze stanowiska przewodniczącego Szymona Hołowni nie ma już czego spajać.
Polska 2050 od początku była partią jednego nazwiska, jednego temperamentu i jednej obietnicy. Nie ruchem społecznym, nie środowiskiem ideowym, lecz projektem politycznym zbudowanym wokół osobistej wiary w „nową jakość”. Gdy znika lider-fundament, zaczyna się klasyczna walka sukcesyjna – z tą różnicą, że tutaj przypomina ona bardziej spór o pustą scenę niż o realną władzę. Emocje są ogromne, deklaracje podniosłe, ale im głośniejsza walka, tym mniej jasne, o co właściwie toczy się bój.
Stąd wrażenie groteski. Bo trudno inaczej nazwać sytuację, w której politycy spierają się o przyszłość formacji, która coraz wyraźniej traci teraźniejszość. Można oczywiście zapewniać, że klub parlamentarny przetrwa, że struktury działają, że wszystko jest pod kontrolą. Problem w tym, że w polityce proceduralne istnienie rzadko ma coś wspólnego z realnym życiem. Partie potrafią funkcjonować długo po utracie sensu – jak instytucje, o których wszyscy wiedzą, że już się skończyły, tylko nikt nie ogłosił tego oficjalnie.
Jeszcze ciekawsze jest jednak to, co historia Polski 2050 mówi o samej idei politycznego centrum. Po raz kolejny okazuje się, że centrum zbudowane wyłącznie na obietnicy rozsądku i „normalności” jest konstrukcją krótkotrwałą. Bez silnych korzeni społecznych, bez wyraźnej idei i bez przywództwa, które potrafi przetrwać własny sukces, taki projekt działa jak polityczny start-up: szybko rośnie, przyciąga uwagę, a potem równie szybko kończy finansowanie – tyle że w tym wypadku walutą są wyborcy. Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi dziś, kto wygra wewnętrzny spór. Pytanie brzmi, czy jest jeszcze cokolwiek do wygrania. Jeśli partia traci ludzi, kierunek i sens, zmiana lidera nie zatrzyma rozpadu. Może jedynie uporządkować kolejkę do wyjścia.
Być może patrzymy więc nie na kryzys, lecz na finał. Na moment, w którym projekt mający odmienić polską politykę sam staje się jej najbardziej znajomą historią: szybki wzrost, krótkie złudzenie stabilności i długie, coraz bardziej niezręczne schodzenie ze sceny. Kurtyna jeszcze nie opadła – ale publiczność powoli wychodzi z sali.
Roman Koszowski/Foto Gość








