Problemu grzeszności nie rozwiązuje się drogą anulowania grzechu.
Ktoś opowiadał mi z uznaniem o biskupie, który wprosił się na kawę do nowych sąsiadów. Pani domu, zakłopotana, wyznała, że z mężem są „na cywilnym”. „To tym bardziej” – powiedział biskup z uśmiechem.
Jest to chyba bliskie Jezusowemu „jadaniu z grzesznikami”. Taki Zacheusz pewnie słyszał tysiące razy, że jest łajdakiem, a nawrócił się, gdy Jezus zechciał u niego zagościć.
Bez wątpienia trzeba w takich razach pokory, czyli świadomości, że – zasiadając wśród grzeszników – jesteśmy jednymi z nich. Jeśli się czymś od nich różnimy, to prawdopodobnie doświadczeniem spotkania Jezusa i pragnieniem, żeby oni też Go spotkali. To właśnie doświadczenie jest kluczowe, bo umożliwia świadczenie. To ono pozwala odpowiedzieć na wielki dylemat: jak naśladować Jezusa jedzącego z grzesznikami, żeby nie wyszło z tego grzeszenie z jedzącymi? Jak być lekarzem dla tych, którzy się źle mają, a nie stać się kolejnym chorym?
Nie są to pytania bezzasadne, bo miłość do grzesznika można pomylić z pobłażliwością dla grzechu. Ba – można wręcz grzech sakralizować. Takie tendencje są widoczne szczególnie w niektórych miejscach za Zachodzie, gdzie pod hasłem „włączania” określonych środowisk do Kościoła faktycznie wyłącza się pojęcie grzechu. O, choćby postulat „integracji osób LGBTQ+ w Kościele”. Nie ma czegoś takiego jak „osoby LGBTQ”. Są nasi bracia i siostry, tacy jak my, mający taką samą godność, i już choćby z tego powodu nie należy robić z nich osobnej kategorii ludzi. A to się właśnie dzieje, gdy gdzieś tam na kościołach wiesza się tęczowe flagi czy nawet przykrywa się nimi ołtarze. I co się tym komunikuje? To, że jakaś organizacja manifestuje swoje oczekiwania względem Kościoła. Jeśli motywem łączącym jej członków jest dążenie do uznania przez Kościół ich grzechów, to pomylili adres. Pan Jezus spotykał się z grzesznikami, a nie z organizacjami grzeszników. I dalej tak jest – Zbawiciel zwraca się do człowieka indywidualnie. Wtedy są łzy skruchy i jest radość z otrzymanego miłosierdzia. Nawrócenie po prostu.
KRÓTKO:
Leczenie śmiercią
Jak wszędzie, gdzie leczenie zastąpiono zabijaniem, także w Australii odnotowano ogromny wzrost liczby eutanazji. Choć od 2019 roku uśmiercono przeszło 7200 osób, to aż 3329 spośród nich poddano zabójczej procedurze od połowy 2024 do połowy 2025 roku. Jak informuje Vatican News, obecnie eutanazja stanowi od 1 do nawet 3 proc. wszystkich zgonów w Australii, a prognozy ekspertów wskazują, że liczby te będą rosły w miarę dalszej liberalizacji przepisów. A że przepisy będą liberalizowane, to w zasadzie pewne, bo tak dzieje się wszędzie, gdzie eutanazję zalegalizowano.
Archidiecezja Sydney zwróciła uwagę, że dwie trzecie przypadków wspomaganego samobójstwa w Nowej Południowej Walii miało miejsce tam, gdzie jest słaby dostęp do leczenia i opieki paliatywnej. Czy zatem władze poprawią tę opiekę? Nie no, zabicie wychodzi dużo taniej.
Franciszek Kucharczak
Dziennikarz działu „Kościół”, teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”.