Po trwającej kilka tygodni tragifarsie, jaką był serial pod tytułem „Wybory nowego przewodniczącego Polski 2050 Szymona Hołowni” doczekaliśmy odcinka finałowego pierwszego sezonu tej niskobudżetowej produkcji. Partia, która weszła do Sejmu z kilkunastoprocentowym poparciem i ma w poselskich ławach ponad 30 posłów i posłanek (a może nawet osób poselskich), od początku kadencji, systematycznie kanibalizowana przez Koalicję Obywatelską z jednej i Konfederację z drugiej strony, jest obecnie o włos od rozpadu. Praźródeł tej katastrofy należy doszukiwać się w braku doświadczenia politycznego znacznej części członków partii i w grzechu pierworodnym, polegającym na obecnym od samego początku silnym rozdźwięku między deklarowanym przez partię kierunkiem politycznym (alternatywa wobec duopolu PiS i KO), a rzeczywistymi działaniami (posłuszne realizowanie agendy premiera przez pierwszy rok kadencji) i kadrami (z których znaczną część stanowili byli politycy Platformy Obywatelskiej). Sporą naiwnością było więc oczekiwać, że ugrupowanie, którego kręgosłup stanowiły osoby rekrutujące się z tego środowiska, będzie w stanie w sposób istotny odróżnić się od oryginału. Przechył w stronę liberalno-lewicową był po prostu zbyt duży. O ile jeszcze na etapie koalicji z PSL ludowcy obsługiwali potrzeby nieco bardziej konserwatywnej części elektoratu, o tyle po rozpadzie koalicji Trzeciej Drogi żółte barwy Polski 2050 zaczęły przypominać podróbkę Platformy w wersji dla ubogich. Sam Szymon Hołowni dostrzegł to za późno i gdy zrozumiał, że alternatywa wymaga zachowania podobnego dystansu do KO i PiS i pozwolił sobie na spotkanie z przedstawicielami tej drugiej partii, a następnie doprowadził do zaprzysiężenia wybranego w legalnych wyborach prezydenta Nawrockiego, został okrzyknięty przez pozostałych jeszcze przy partii wyborców liberalnych zdrajcą i Judaszem. W tej opowieści zdradzonym miał być oczywiście premier Tusk i Koalicja Obywatelska. Zarzut oczywiście był absurdalny (bo dlaczego marszałek miałby realizować program koalicjanta, a nie własnej partii? Gdyby chciał, to zapisałby się do KO, zamiast zakładać nowe ugrupowanie), ale Hołowni nie miał już właściwie kto bronić. Konserwatywnych wyborców Polska2050 zdążyła już bowiem stracić, dzięki wielomiesięcznej realizacji agendy premiera Tuska, a i z tych liberalnych niejeden odpłynął w stronę KO, bo skoro można mieć oryginał, to po co inwestować w kopię.
Hołd lenny wobec KO czy rozpaczliwa walka o przetrwanie?
W takim krajobrazie wybory nowego szefostwa partii stały się właściwie walką o przetrwanie ugrupowania. W tym boju wyklarowały się dwie dominujące wizje: jedną z nich była kontynuacja wasalnej wobec KO polityki i nadzieja na to, że może w nagrodę uda się załapać w 2027 na listy partii premiera Tuska (choć o tej nadziei oczywiście nikt oficjalnie nie mówił). Liderką tego nurtu jest Paulina Henning-Kloska, ta sama, która tuż po wyborach zasłynęła jako jedna z głównych bohaterek afery wiatrakowej. W drugim nurcie, którego twarzą stała się Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, znaleźli się suwerenniści, politycy, którzy z różnych powodów postanowili walczyć do samego końca o niezależność partii, doskonale rozumiejąc, że posłuszne wykonywanie poleceń większego koalicjanta, wbrew własnemu programowi i składanym obietnicom, skazuje Polskę 2050 na zagładę, a gwarancji przetrwania jej obecnych członków na listach Koalicji Obywatelskiej i tak nie daje.
Spór obu środowisk okazał się na tyle gorący, że do mediów zaczęły wyciekać screeny zażartych kłótni i wulgarnych tyrad, jakie miały miejsce na wewnętrznych kanałach komunikacji partyjnej. Wzajemne oskarżenia, próby przewrotu i unieważnione ostatecznie pierwsze wybory stały się nie tylko tematem żartów i memów, ale przede wszystkim zaogniły i tak napiętą atmosferę wewnątrz partii.
W takiej atmosferze, pomimo wygranej w pierwszej turze Pełczyńskiej-Nałęcz, to Paulina Henning-Kloska była faworytką do objęcia fotela przewodniczącej. Świadczyć o tym mogły nie tylko głosy dochodzące z wnętrza ugrupowania, ale choćby i fakt, że przed ostatecznym starciem to Pełczyńska-Nałęcz zaproponowała swojej rywalce współprzewodniczenie, na co Henning-Kloska się nie zgodziła. A jednak to minister odpowiedzialna za fundusze europejskie ostatecznie wygrała. Co to oznacza dla przyszłości partii i rządu?
Pełczyńska-Nałęcz: kamień w bucie premiera Tuska
Wbrew pozorom, pomimo fatalnej kondycji, w jakiej jest obecnie ugrupowanie założone przez Szymona Hołownię, te wybory miały również znaczenie dla całej koalicji rządzącej. Dla samej Koalicji Obywatelskiej znacznie mniej problemowym wyborem byłaby wygrana Henning-Kloski. Wówczas można by z grubsza hurtowo policzyć głosy „Żółtych” do puli, jaką dysponuje premier, a pod koniec kadencji najwierniejszych nagrodzić miejscami na własnych listach. Zwycięstwo Pełczyńskiej-Nałęcz, która jest najbardziej krytycznym wobec premiera Tuska ministrem jego rządu sprawę komplikuje. Nic więc dziwnego, że najczęściej pojawiającym się w mediach społecznościowych komentarzem do jej wygranej była sakramentalna niemal formuła „Donald Tusk się wściekł”.
Nie oznacza to oczywiście, że Koalicja Obywatelska nie rozegra Polski 2050 zgodnie ze swoim planem. Być może jednak będzie na to potrzebować nieco więcej czasu, konieczne będzie wyciąganie pojedynczych posłów lub inspirowanie wewnętrznego rozłamu. Co więcej, Donald Tusk będzie chyba wreszcie musiał znaleźć czas na spotkanie z Pełczyńską-Nałęcz (na które nie potrafi znaleźć czasu od niemal pół roku), będzie musiał rozmawiać z tak nie lubianą przez siebie polityczką, a może nawet mianować ją na stanowisko wicepremiera. Używając metafory, w chwili, w której Pełczyńska-Nałęcz została szefową partii, do buta premiera wpadł mały, ostry kamyczek. Nie na tyle duży, by uniemożliwić wędrówkę, ale wystarczająco ostry, by każdy krok o nim przypominał.
Myliłby się jednak ten, kto uważa, że ten uwierający Donalda Tuska kamień pomoże w istotny sposób Prawu i Sprawiedliwości. Na skali krytyki Koalicji Obywatelskiej Pełczyńskiej-Nałęcz zdecydowanie bliżej bowiem do Partii Razem niż Prawa i Sprawiedliwości i wobec Jarosława Kaczyńskiego jest co najmniej tak samo krytyczna jak wobec Tuska. Nie można wykluczyć, że doraźnie, w ramach taktycznych ruchów Polska 2050 pod rządami Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz od czasu do czasu zagłosuje nie po myśli premiera lub postawi twarde ultimatum, wymuszając na dużym koalicjancie pewne ustępstwa. Będzie to jednak nie tyle głosowanie z opozycją, co za zaznaczeniem własnej odrębności. A i takich ruchów nie należy spodziewać się zbyt często, bo nowa przewodnicząca obejmuje władzę w partii w sytuacji kryzysu, rozłamu i absolutnej kompromitacji na oczach całej Polski. W praktyce oznacza to tyle, że jeden nieprzemyślany ruch może skończyć się faktycznym rozłamem, któremu w gruncie rzeczy kibicują chyba zarówno koledzy z opozycji, jak i rządowi koalicjanci. Przed nową szefową partii Szymona Hołowni stoi więc wyjątkowo trudne zadanie: jak zapewnić przetrwanie partii, która wydaje się dziś być nikomu do niczego nie potrzebna. Przekonanie pięciu procent wyborców do tego, że tak nie jest i jednoczesne uchronienie ugrupowania przed rozpadem, będzie szalenie trudne.








