Wygląda na to, że Friedrich Merz rozumie, że nie da się utrzymać modelu państwa dobrobytu, rzucając jednocześnie kłody pod nogi własnej gospodarce. To dobra wiadomość dla Niemiec. Czy również dla Polski?
23.01.2026 20:45 GOSC.PL
Oczy i uszy całego świata obserwującego Światowe Forum Ekonomiczne w Davos zwrócone były w kierunku Donalda Trumpa w oczekiwaniu na to, co powie na temat Grenlandii. Jednak to niemiecki kanclerz Friedrich Merz był autorem wystąpienia, które może mieć największe znaczenie dla Europy i Polski spośród wszystkich słów wygłoszonych w szwajcarskim kurorcie.
- Spokój i pokój panujące tutaj, na magicznej górze Davos, stoją w jaskrawej sprzeczności ze światem, którego stary porządek rozpada się w oszałamiającym tempie – mówił szef niemieckiego rządu, by za chwilę dodać: Wkroczyliśmy w epokę polityki wielkich mocarstw. Międzynarodowy porządek ostatnich trzech dekad – zakotwiczony w prawie międzynarodowym – zawsze był niedoskonały. Dziś jego fundamenty zostały wstrząśnięte.
Słuchając jego wystąpienia równie mocno jak wspomniane fundamenty świata, wstrząśnięci musieli być ci, którzy siedząc w ostatnich latach w cieplarnianej bańce zapatrzonej w siebie Europy, żyli w głębokim przekonaniu, że oto, zgodnie z proroctwem Francisa Fukuyamy, historia dobiegła końca, a porządek i światowe role ustalone zostały już na wieki. I tak bogata Europa, przenosząc produkcję przemysłową na dalekie południe i wschód, na zawsze już miała korzystać z taniej siły roboczej tamtejszych pracowników i wysokiej marży, jaką tutejsze marki obkładają uszyte w Bangladeszu ubrania i zmontowane z produkowanych w Chinach elementów samochody. A korzystając z tej marży Europa będzie mogła odgrywać rolę sumienia świata, wzywającego do ratowania klimatu i środowiska naturalnego.
Nie, żeby w budowaniu europejskich państw dobrobytu czy podejmowaniu działań prośrodowiskowych było coś złego. Rację mają ci euroentuzjaści, którzy widząc silną ofensywę amerykańskiego trumpizmu i chińskiego smoka podkreślają, że przecież to Europa ze swoimi strategiami wyrównywania szans i socjalnych zabezpieczeń jest dziś najlepszym na świecie miejscem do życia dla przeciętnego obywatela. To prawda. Przeciętny mieszkaniec Unii Europejskiej prowadzi znacznie bardziej stabilne i komfortowe życie niż przeciętny Amerykanin czy Chińczyk. Ma gdzie mieszkać, jest otoczony jako takim zabezpieczeniem socjalnym, dysponuje kilkoma tygodniami urlopu i nie każda poważna choroba musi pociągać za sobą konieczność sprzedaży domu, by opłacić leczenie. Rozwarstwienie majątkowe jest tutaj znacznie mniejsze i nie otrzymujemy punktów za dobre i złe sprawowanie oceniane przez system wszechobecnych kamer, jak w Państwie Środka.
Żyjąc w tej bańce w stolicach Starego Kontynentu przeoczono jednak moment, w którym owa „tania siła robocza”, pracująca dotąd na zysk europejskich i amerykańskich koncernów, postanowiła wykorzystać swój potencjał, nauczyła się technologii i powiedziała „dość” Staremu Światu. Najdobitniej widzimy to na rynku motoryzacyjnym, będącym przez dekady perłą w koronie europejskiej, a szczególnie niemieckiej gospodarki. Od czasu przerwania łańcuchów dostaw w pandemii i spektakularnego wejścia na rynek europejski kilku dużych, chińskich marek samochodowych, obserwujemy postępujący wykładniczo kryzys starych koncernów. Piszę ten tekst w Tychach – mieście, w którym już wkrótce pracę ma stracić nawet kilka tysięcy pracowników branży motoryzacyjnej. Ponad 700 w samej fabryce Stellantis (dawnego Fiata) i dwa lub trzy razy tyle w fabrykach współpracujących. Wszystko dlatego, że sprzedaż na europejskich rynkach gwałtownie spadła – kierowcy zamiast kupować drogie samochody miejscowych koncernów wolą wyraźnie tańsze chińskie Omody, MG-ki, Beijingi czy Jaecoo. Trudno, by było inaczej, jeśli obciążone nadmiernymi regulacjami europejskie fabryki nie są w stanie nawet podjąć walki cenowej z chińskimi konkurentami.
Kanclerz Friedrich Merz.
PAP/EPA/GIAN EHRENZELLER
Podobnie zresztą sytuacja wygląda w wielu innych branżach. Ta sytuacja bardzo ośmieliła zarówno Amerykanów, jak i Chińczyków do tego, by z Europą nie tyle negocjować, co stawiać jej warunki. Sądzicie Państwo, że to przesadnie pesymistyczna wizja? Przywołajmy zatem jeszcze jedną scenkę z mijającego tygodnia. Prezydent Francji, w szczycie transatlantyckiego napięcia związanego z amerykańskim apetytem na zajęcie Grenlandii, postanawia zagrać najmocniejszą kartą i odgraża się Donaldowi Trumpowi, że… najwyższy czas otworzyć szeroko europejskie drzwi na inwestycje z Chin. Okazuje się, że w sytuacji podbramkowej jedynym lewarem w sporze z Amerykanami jest groźba, że przytulimy się do innego senior-partnera. Nie rzucamy już wyzwania własną siłą, możemy jedynie, niczym obrażona na kawalera panna na wydaniu odwrócić się i złapać za rękę innego kawalera. Jedyną bowiem walutą, jaką w tej chwili dysponuje Europa jest zgromadzony przez pokolenia, niejednokrotnie pamiętający jeszcze kolonialne czasy kapitał. Kapitał, z którego finansujemy naszą równość i nasz dobrobyt. Ale też kapitał, który nie jest studnią bez dna.
Merz w swoim przemówieniu wyraźnie to dostrzega:
– Musimy zredukować biurokrację w Europie. Staliśmy się mistrzem świata w nadmiernych regulacjach, to musi się skończyć – przyznaje kanclerz. On zrozumiał to, czego nadal nie chcą przyjąć do wiadomości najtwardsi euroentuzjaści: że nie da się utrzymać państwa zapewniającego socjalne osłony najsłabszym obywatelom, rzucając jednocześnie kłody pod nogi własnej produkcji i technologii, bez których tej wizji dobrobytu nie da się długofalowo sfinansować. Bo jeśli padnie nasz przemysł (a jest na najlepszej drodze ku temu), to my staniemy się beneficjentami marży, która popłynie do Chin i Stanów Zjednoczonych. I jak Państwo myślicie: czy obywatele tych państw będą wtedy chętni, by nadal finansować komfort europejczyków? Czy będą wtedy przejmować się naszymi politykami klimatycznymi i normami emisji gazów cieplarnianych?
Problem Europy nie polega na tym, że zbudowała model państwa z bezpłatnym szkolnictwem, publiczną i powszechną służbą zdrowia i zabezpieczeniem socjalnym na wypadek, gdy komuś w życiu podwinie się noga. Polega na tym, że klasa rządząca zapomniała o tym, że to wszystko generuje koszty, które niekoniecznie mają ochotę ponosić ci, którzy nie są beneficjantami tych rozwiązań i w imię budowania nowego, lepszego świata, kompletnie utracono kontakt z Ziemią, podcinając gospodarczą gałąź, na której się siedzi. Ostatecznie Europa rosła, gdy tworzyła wspólny rynek i dawała swoim obywatelom swobodę poruszania czy działalności gospodarczej, a zaczęła się staczać, gdy zamiast tego skoncentrowała się na próbie budowania nowego, wspaniałego świata kolejnymi administracyjnymi regulacjami i ograniczeniami, ignorując to, że poza granicami Unii życie biegnie własnymi ścieżkami.
Tyle tylko, że zrozumienie tego faktu przez Merza niekoniecznie musi być dobrą wiadomością dla Polski. Krótkoterminowo kołem ratunkowym dla niemieckiej gospodarki jest bowiem umowa z Mercosurem, której największym beneficjentem ma być branża motoryzacyjna, a największą ofiarą rolnictwo. A sam kanclerz wiele mówił w swoim przemówieniu o roli Niemiec i niemieckiej, a nie europejskiej gospodarki. Wygląda więc na to, że kapitał znowu ma narodowość. Pytanie czy będziemy w stanie odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości z pomysłem na rozwój tego naszego, białego-czerwonego kapitału i technologii. To one będą naszą siłą lub słabością na arenie europejskiej i światowej polityki.
Wojciech Teister
Dziennikarz, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego” oraz kierownik działu „Nauka”. W „Gościu” od 2012 r. Studiował historię i teologię. Interesuje się zagadnieniami z zakresu historii, polityki, nauki, teologii i turystyki. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Aletei”, „Stacji7”, „NaTemat.pl”, portalu „Biegigorskie.pl”. W wolnych chwilach organizator biegów górskich.