Mury w głowie

Otwieranie oczu widzącym okazuje się nader aktualnym zadaniem. Bo najgroźniejsze mury są w ich głowach. I to mimo szumnie deklarowanej otwartości.

Cofamy się jakby o jakieś 100 lat i pokazujemy, że historia kobiet w Polsce jest możliwa do zaakceptowania tylko w ramach służby i poświęcenia, a nie sprawczości i wpływu, najlepiej w odseparowanym od świata murem, klasztorze” – tak o decyzji parlamentu umieszczenia w gronie patronów roku 2026 bł. Róży Czackiej napisała w „Wysokich Obcasach” Dominika Wantuch. Zastanawiam się, czy więcej w tym zdaniu ignorancji, czy złej woli. Bo że jest jedno i drugie to pewne.

Mogę nawet zrozumieć rozczarowanie redaktorki, iż wśród 12 patronów roku jest tylko jedna kobieta. Nie mogę jednak zaakceptować ani jej listy propozycji „patronek”, ani tym bardziej deprecjonowania tak wybitnej postaci, jaką jest matka Róża Czacka, której 150. rocznicę urodzin obchodzimy w tym roku. Może ona być wzorem i przewodnikiem w każdych czasach. Bez wątpienia swoje życie postrzegała w kategoriach służby i poświęcenia. I okazała się w tym sprawcza oraz wpływowa. Jako ociemniała w 22. roku życia arystokratka mogła nadal wieść wygodne życie, korzystając z przywilejów jej grupy społecznej. Tymczasem jako osoba o szerokich horyzontach intelektualnych, ale przede wszystkim duchowych nie tylko sama miała odwagę „dobrego przyjęcia swego kalectwa” – jak powtarzała – lecz uczyła też innych przyjmowania ślepoty jak krzyża Chrystusa i traktowania jej jako zadania do spełnienia dla siebie i innych.

Trudno sobie to dzisiaj wyobrazić, ale niewidomi na ziemiach polskich ponad sto lat temu byli wyłącznie skazani na łaskę innych. Większość z nich była żebrakami.

Róża Czacka przez kilka lat poznawała nowoczesne metody kształcenia niewidomych na zachodzie Europy, by następnie – jako pionierka polskiej tyflologii – przenieść je na grunt krajowy. To ona stworzyła pierwsze na ziemiach polskich Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, które uczyło niewidomych samodzielnego życia. Sama nauczyła się pisma Braille'a w języku francuskim, a następnie dostosowała je do polskiego systemu fonetycznego, co zatwierdzono w II RP do użytku w szkołach dla niewidomych. Matka Czacka stworzyła też ośrodek dla niewidomych dzieci w Laskach pod Warszawą, gdzie od ponad stu lat uczą się one, jak samodzielne, użytecznie i godnie żyć. Natomiast jako gorąca patriotka w czasie powstania warszawskiego otworzyła w ośrodku szpital powstańczy, dając schronienie powstańcom i uciekinierom ze stolicy. Czy to za mało na patronkę roku?

Autorkę „Wysokich obcasów” zdaje się najbardziej uwierać, co innego, a co oddają powtarzane słowa: zakonnica, klasztor, mury… Tak, matka Czacka była nie tylko zakonnicą, ale założycielką Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, którego regułę przystosowała do opieki nad niewidomymi. Zaś Laski to nie był, wbrew sugestii redaktorki, „odseparowany” od świata klasztor, ale miejsce spotkania niewidomych, świeckich wolontariuszy i zakonnic. Matka Czacka uczyła niewidomych, jak nieść swe kalectwo, by nie żyli w murach – psychicznych (własnych ograniczeń) i fizycznych (zamknięci w domach). Ale to nie wszystko. „Nie ma u nas murów” – mówiła Czacka – „jedni od drugich mogą się czegoś nauczyć”. I co ciekawe, to często niewidomi otwierali widzącym zaślepione oczy duszy. Dlatego ciągnęli do Lasek ludzie z różnych sfer, opcji i pozycji, bo często dopiero w zderzeniu z widokiem cierpienia przyjętego z miłością odnajdywali Boga i sens życia.

Cóż, otwieranie oczu widzącym okazuje się nader aktualnym zadaniem. Bo, jak się okazuje, najgroźniejsze mury są w ich głowach. I to mimo szumnie deklarowanej otwartości.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ewa K. Czaczkowska