Jak powszechnie wiadomo, Karol Nawrocki zawetował ustawę o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Dlaczego to zrobił, wie każdy, kto poświęcił parę minut na zapoznanie się z argumentacją prezydenta. Można z nią się zgadzać lub nie, można także ją zignorować. Stwierdzić, że prezydent wetuje… bo lubi szkodzić. Gdyby ustawę podpisał, państwo wreszcie dostałoby skuteczne narzędzie do walki z dezinformacją. A tak fake newsy plenią się po sieci niczym chwasty.
Co prawda, to prawda. Wystarczy zobaczyć okładkę najpopularniejszego tygodnika z przedrukami, a tam wielki tytuł: „Nawrocki wetuje ustawę cyfrową. Pornografia na żądanie”. Innymi słowy, prezydent właśnie otworzył dostęp do pornografii. Klasyczna dezinformacja. Mniej więcej taka jak przy ustawie dotyczącej zwierząt: gdyby nie weto prezydenta, psy już dziś zostałyby uwolnione z łańcuchów. Jak walczyć z tego typu celową manipulacją? Czy problem rozwiąże zaimplementowanie europejskiego aktu o usługach cyfrowych? Zapewne wkrótce to się stanie, już zresztą zapowiedziano, że ustawa zostanie poprawiona, by (podobnie jak w kilku innych przypadkach) prezydent mógł ją podpisać. Ale nikt nie jest na tyle naiwny, by sądzić, że dzięki temu zniknie z naszych mediów dezinformacja. Są one bowiem polem bitwy toczonej przy użyciu mniejszych lub większych kłamstw, informacji tylko przypominających prawdziwe, ośmieszających memów, cytatów wyrwanych z kontekstu czy całkowicie fikcyjnych newsów. Tak wygląda dziś „debata publiczna”. Nawet najbardziej restrykcyjne prawo o usługach cyfrowych będzie jedynie ścigać „płotki”, kasować wpisy czy zamykać ich autorów. Ustawa nie dotyczy bowiem mediów żyjących z „fejków” ani algorytmów premiujących polaryzację.
Dezinformacja nie zniknie za sprawą jednego podpisu, kłamstwa nie wyeliminuje cenzor czy policjant. Musimy je wspólnie obnażać i piętnować. Także w sieci. Nikt nas od tego obowiązku nie zwolni. Ani nie powstrzyma.
unsplash








