Nie wystarczy samo najgłębsze nawet przeżycie duchowe – ono musi zostać jeszcze potwierdzone przez Kościół, czyli przez przełożonych.
Na pewno doskonale pamiętamy scenę nawrócenia Szawła, która rozegrała się pod Damaszkiem. Zapalczywy prześladowca Kościoła spotkał Chrystusa, „olśniła go nagle światłość z nieba” (Dz 9,3). Na skutek tego wydarzenia Szaweł stracił wzrok. Fakt ten powinien nas zadziwić, ponieważ nawrócenie kojarzy się raczej z przejrzeniem na oczy, a nie ze ślepotą. Na przykład ks. Franciszek Blachnicki o swoim nawróceniu pisał, że było to dla niego doświadczenie porównywalne do włączenia światła w ciemnym pokoju. W przypadku Szawła było inaczej – Jezus, który sam jest „Światłością świata” (J 8,12), zgasił wszystkie dotychczasowe światła gorliwego faryzeusza. Ta sytuacja zmienia się dopiero po modlitwie Ananiasza, który „wszedł do domu, położył na nim ręce i powiedział: »Szawle, bracie, Pan Jezus, który ukazał ci się na drodze, którą szedłeś, przysłał mnie, abyś przejrzał i został napełniony Duchem Świętym«” (Dz 9,17). Dopiero w tym momencie proces tego pierwszego nawrócenia Szawła został zakończony.
Wydaje mi się, że zbyt rzadko zwracamy uwagę na Ananiasza. A szkoda, bo to bardzo ciekawa postać. Część egzegetów uważa, że przewodził on młodemu Kościołowi w Damaszku. Wygląda na to, że Ananiasz nie był człowiekiem posłanym, żeby cudownie przywrócić Szawłowi wzrok, nie był też po prostu chrześcijaninem, który miał Szawła przygarnąć do wspólnoty. Był przełożonym, a jego zadanie polegało na utwierdzeniu nawróconego Żyda w prawdziwości jego doświadczenia. Mamy tutaj najwcześniejszy opis sytuacji rozeznawania. Wątek ten uczy nas, że nie wystarczy samo najgłębsze nawet przeżycie duchowe – ono musi zostać jeszcze potwierdzone przez Kościół, czyli przez przełożonych. Dziś zdarza się nam zapominać, że posługa przełożeństwa w Kościele to nie tylko „władza”, lecz przede wszystkim bardzo konkretny charyzmat.