Gra w Grenlandię

Strategia negocjacyjna czy straszenie sojuszników? Przemyślany plan geopolityczny czy kolejna demonstracja narcyzmu przywódcy supermocarstwa?

Można odnieść wrażenie, że w nakręcanej niemal codziennie świeżym paliwem atmosferze wokół Grenlandii Donald Trump mieści wszystkie możliwe interpretacje zabiegów o pozyskanie wielkiej wyspy. Kluczowe tutaj jest słowo „wrażenie”. I opieranie się głównie na nim w próbie rozumienia tego, o co właściwie toczy się gra. Nie chcę przez to powiedzieć, że wrażenia i emocje nie mają znaczenia – nieraz w historii dalszej i bliższej to emocje właśnie, a nie „rozumienie istoty rzeczy”, decydowały o wybuchu wojny, o zerwaniu stosunków dyplomatycznych. Na gruncie kościelnym też dochodziło do schizm, wzajemnego okładania się klątwami tylko dlatego, że ktoś powiedział o kilka słów za dużo, a „tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego”. Podobnie może skończyć się szarża amerykańskiego prezydenta wokół terytorium należącego formalnie do Danii: w pewnym momencie komuś mogą puścić nerwy.

Administracja Trumpa swoimi deklaracjami zajęcia Grenlandii przez zakup „lub innymi sposobami” toczy, agresywne w języku, ale jednak negocjacje, które mają doprowadzić do celu, jakim jest pełna kontrola wyspy. A raczej pełna swoboda działania USA na tym terytorium. Po co? Niekoniecznie po to, by położyć rękę na niemal mitycznych złożach metali ziem rzadkich, ropy i innych surowców, jakie mają się kryć w tym regionie. W rzeczywistości chodzi o niczym nieskrępowaną budowę kolejnego elementu osłony militarnej, o kontrolowanie przestrzeni powietrznej na Północy, ale też o poszerzenie możliwości amerykańskiego ataku na cele potencjalnych wrogów, przede wszystkim Rosji. Nawet jeśli dziś można ulec wrażeniu, że bardziej prorosyjskiego prezydenta Ameryka jeszcze nie miała (w retoryce dotyczącej wojny na Ukrainie i zmuszaniu jej do przyjęcia warunków Moskwy czy w najnowszym „hicie”, jakim jest zaproszenie Rosji do udziału w Radzie Pokoju, która miałaby zarządzać Strefą Gazy, widać to najmocniej).

Pod warstwą bardziej lub mniej czytelnych geopolitycznych gier są jeszcze ludzie – w tym wypadku mieszkańcy Grenlandii, którzy na razie nie wykazują zainteresowania amerykańskim obywatelstwem. Trump idzie na całość również po to, by Grenlandczycy uwierzyli, że tylko z parasolem ochronnym USA przetrwają niewykluczoną światową zawieruchę wojenną. Europejskie stolice, zanim znowu wyślą kilkunastu żołnierzy „w celu obrony Grenlandii”, powinny przemyśleć, czy na pewno dobrze odczytują strategię negocjacyjną Waszyngtonu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina Jacek Dziedzina W „Gościu” od 2006 roku. Z wykształcenia socjolog. Twórca i redaktor naczelny magazynu popularnonaukowego „Historia Kościoła”. Kierownik Działu „Świat” w GN. Wcześniej odpowiedzialny m.in. za rozwój portalu gosc.pl. Autor kilku tysięcy artykułów, w tym reportaży z całego świata, wywiadów i analiz. Specjalizuje się w tematyce międzynarodowej i sprawach związanych z nową ewangelizacją i życiem Kościoła. Członek Zarządu Alpha Polska. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii „Publicystyka”. Wydawca, producent i autor książek.